wtorek, 12 września 2017

Krzemionki - opatowskie, ale nie Opatowskie

Po raz drugi odwiedziłam Muzeum Archeologiczne i Rezerwat Krzemionki. Byłam tu już kilka lat temu i bardzo mi się podobało. Uważam, że warto to miejsce odwiedzić. Podobnie jak wtedy, był ogromny upał i przebywanie pod ziemią, gdzie panuje stała temperatura ok. 78 stopni, było mile widziane. 

Zacznę od tego, że wszyscy używamy nazwy "Krzemionki Opatowskie". Przewodnik wyjaśnił nam, że nigdy to nie była nazwa oficjalna. Jest to błąd poprawna nazwa to Krzemionki. W 1939 roku autor monografii i badacz dodał do "Krzemionek" określenie "opatowskie" (jako przymiotnik, dlatego pisane małą literą), aby przybliżyć osobom spoza tego regionu mniej więcej okolicę, gdzie to miejsce się znajduje. A tak się składa, że przed wojną Opatów był bardziej rozpoznawalną nazwą w Polsce niż pobliski Ostrowiec Świętokrzyski. Ale nawet durny Google na swoich mapach podaje nazwę Krzemionki Opatowskie, podczas gdy taka miejscowość/wieś nigdy nie istniała i nie istnieje. Dziwne to, ale tak jest. 

Krzemionki to rezerwat archeologiczny chroniący zespół neolitycznych kopalni krzemienia pasiastego   zespół, gdyż kopalnie krzemionkowskie położone są na obszarze tzw. pola górniczego. Były one eksploatowane w neolicie i epoce brązu, czyli od 4 do 1,6 tysiąclecia p.n.e. Wydobyw3any tu, a następnie przetwarzany krzemień pasiasty, np. na siekiery, trafiał w najodleglejsze zakątki dzisiejszej Polski, a nawet jeszcze dalej, co świadczy o sprawnie funkcjonującym handlu wymiennym w tamtych czasach. Kopalnie w Krzemionkach należą do największych i najważniejszych zabytków prahistorycznych Europy Środkowej. 

Wraz z kopalniami rozwijało się tu osadnictwo: powstawały wsie, warsztaty,  pracownie obróbki krzemienia, cmentarze. Na terenie rezerwatu zrekonstruowano osadę neolityczną.  Dzięki temu można zobaczyć, jak żyli ludzie epoki kamienia i brązu. Znajdują się tu chaty zbudowane na podstawie dokumentacji z badań archeologicznych, grobowiec megalityczny oraz warsztaty. 

Niestety, zdjęć z kopalni nie mam, nie wolno było robić zdjęć z lampą błyskową, a bez raczej nie dało się nic zrobić, bo było bardzo ciemno. To, co przedstawiam poniżej, to zdjęcia jedynie z wejścia do muzeum i z osady neolitycznej. Zdjęcia z kopalni można pooglądać na stronie muzeum (link na początku postu).

Symbol matki-Ziemi znaleziony wyryty na skale w jednej z kopalń stał się symbolem i logo Muzeum


Wejście do osady 



Kurhan 

Rekonstrukcja miejsca kultu 

Nawiedził mnie chyba jakiś duch miejsca ;-)

Coś w rodzaju menhiru, jakie oglądałam w Bretanii 


Nie do końca rozumiem, dlaczego do menhiru przywiązana jest czaszka jakiegoś dużego zwierzęcia 

W jednej z chat poczęstowano nas zupą z soczewicy i podpłomykami 


niedziela, 3 września 2017

Święty Krzyż

Kontynuuję przerwaną na jakiś czas relację z tegorocznych wakacji. Dziś kilka zdjęć ze Świętego Krzyża. Bardzo lubię to miejsce, za każdym razem, gdy jestem w Bodzentynie, to odwiedzam szczyt Łysej Góry. Lubię nie tylko szlak prowadzący na szczyt oraz widoki, ale również klasztorną kuchnię, gdzie mają pyszny żurek, bigos i ciasta. 

Koniec szlaku na Święty Krzyż od strony Nowej Słupi 



Widok na gołoborza ze specjalnej platformy





Bazylika jest tak okazała, że tylko szeroki kąt mógł ją uchwycić w całości, niestety kosztem pochylonych murów




W krupcie z rzekomymi szczątkami doczesnymi Jeremiego Wiśniowieckiego

W kryptach jest jeszcze sporo innych szczątków, trochę makabryczny widok 

 Powrót po sutym obiedzie i deserze w gościnnych klasztornych murach

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Szydłów

No to nadeszła pora na relacje z wakacyjnych podróży. Z różnych powodów nie chciałam w tym roku wyprawiać się za daleko, a ponieważ uwielbiam województwo świętokrzyskie, postanowiłam udać się do mojej stałej bazy – Bodzentyna. W drodze do punktu docelowego zahaczyliśmy o Szydłów. Nigdy tam nie byłam, a wielokrotnie słyszałam, że to polskie Carcassonne. 

W piątkowe popołudnie zajechaliśmy zatem na ryneczek Szydłowa. Mury z zewnątrz rzeczywiście zrobiły na mnie wrażenie, ale miasteczko, to prawdziwa dziura, urokliwa, ale dziura. Miałam wrażenie, że trafiłam do Drohobycza i schulzowski opis świetnie by się tu nadawał, choć dotyczył innego zapyziałego miasteczka: rynek wyglądał jak wymieciona z kurzu gorącymi wiatrami (...) biblijna pustynia". Wyrżnięty z drzew, wybetonowany, pozbawiony życia, nie licząc jednego śpiącego pod murem psa, choć pewności nie mam, czy żył, bo nie dawał żadnych oznak życia. O co chodziło radzie miejskiej? Żeby dobić to miasteczko? Miejsce z ogromnym potencjałem, ale bez pomysłu, jak sprzedać jego atrakcje. Jeżdżę po świętokrzyskim od lat, zwiedzam miasteczka i delektuję się pięknymi widokami, bo to województwo o wyjątkowej urodzie. Niestety, Szydłów to kolejny przykład na ignorancję, dyletanctwo, manię wielkości (a nawet megalomanię), lekceważenie potrzeb ludzi, brak jakiejkolwiek wiedzy na temat urbanistyki... Długo by wyliczać. Małe pożydowskie miasteczka zamiast stawiać na tradycję, ciekawą zabudowę i urok przedwojennych sztetli, które przecież przyciągają turystów, rżną stuletnie drzewa na rynkach, betonują, montują kiczowane do bólu fontanny (to akurat nie dotyczy Szydłowa), przy których i tak nikt nie siedzi, bo latem w słońcu panuje tu temperatura prawie 40 stopni! Złości mnie to i mam nadzieję, że ktoś z rady miasta Szydłowa przeczyta moje słowa. Jestem turystką zakochaną w świętokrzyskim, mam wielu znajomych, którzy także kochają te tereny, ale jak nie przestaniecie rujnować i zalewać swoich cudnych miasteczek kiczem, to nie będziemy tu przyjeżdżać! Ja, miastowa, nie chcę betonu, mam go dość u siebie, przyjeżdżam tu po klimat, chcę cienia drzew, zapachu kwiatów, wyremontowanych kamieniczek na rynku, możliwości wypicia kawy w klimatycznej kafejce z widokiem na zamek, a tego w Szydłowie nie ma. Jest za to nuda, pani w bramie sprzedająca śliwki (akurat to plus, bo śliwki były bardzo smaczne) i śpiący pod murem pies, który spokojnie mógłby spać na środku ulicy, bo samochód rzadko tu przejeżdża. W ogóle miałam wrażenie, że poza panią od śliwek, panią z kasy na zamku, panią z kasy w synagodze i małżeństwem z dwójką dzieci, którzy też zwiedzali miasteczko, byliśmy jedynymi żywymi osobami w mieście. 

Taki obrazek wita turystów zbliżających się do miasta. Jak można nie zarabiać na takim widoku?!


Brama Krakowska z XIV wieku

Zamek królewski z XIV wieku wzniesiony  przez Kazimierza Wielkiego

 Uliczki prowadzące do lub wokół rynku




Kościół św. Władysława z XIV wieku



Widok na kościół z drugiej strony 

Mury obronne z blankami zachowały się na długości ok. 700 metrów

Ruiny kościoła i szpitala Świętego Ducha z początku XVI wieku na dawnym Przedmieściu Opatowskim




Wybetonowany rynek z jakąś bidną rośliną w tle, która ma imitować drzewo

Druga część rynku. Tu się jeszcze zachowało kilka drzew

piątek, 16 czerwca 2017

Śląski Ogród Botaniczny w Mikołowie

Powiem krótko: po wizycie w takim ogrodzie botanicznym, jak w Krakowie czy w Arboretum w Bolestraszycach (koło Przemyśla) niewiele jest w stanie mnie zachwycić, ale myślałam, że przynajmniej słowo "ogród" do czegoś zobowiązuje. Niestety, trudno o Ogrodzie Botaczninym w Mikołowie powiedzieć, że to ogród. Kwiatów jak na lekarstwo – kilka różaneczników i 2–3 miejsca z dzikimi kwiatami łąkowymi. Miejsce urokliwie i z dużym potencjałem, sporo alejek i dużo pięknych drzew. Na pewno sympatyczne miejsce do spacerowania, szczególnie gdy jest ładna pogoda (a taka była, gdy odwiedziliśmy je tydzień temu). Chwali się też podejście dydaktyczne (praktycznie pod każdym drzewem i krzewem umieszczono tabliczkę z nazwą rośliny). Niemniej pozostał duży niedosyt. Tak mi się wydaje, że wystarczyło wysiać w klombach zwykłych kwiatów (wiosną takie saszetki z nasionkami w Biedronce są po kilka złotych).