sobota, 24 listopada 2007

Wspomnienie Mazur z lat 80-tych

W momencie, gdy zapadła decyzja, że wakacje 2008 spędzimy na Mazurach odżyły we mnie wspomnienia dość odległych - w czasie - wakacji lat osiemdziesiątych, gdy po harcersku rozbijaliśmy się na polach biwakowych (nie kempingowych) nad mazurskimi jeziorami. Zawsze jednak etapem kończącym była binduga nad Śniardwami. Gdy dziś wspominam tamte wyjazdy, to zastanawiam się, dlaczego tak mocno wryły mi się w pamięć. Bo przecież nie chodzi tylko o dzikie Mazury, piękną Puszczę Piską, czy fakt bycia dzieckiem, kiedy wszystko jest łatwe, lekkie i przyjemne. Chodzi też chyba o ludzi, których spotykaliśmy na naszej drodze i którzy uczynili nasze wyjazdy pod wieloma względami niezwykłymi. Pamiętam, że nasza "komuna" (nie chodzi tu tym razem o fakt, że było to w czasach komuny, ale o styl życia owej grupy wakacyjnej) to byli przedziwni ludzie, którzy raz do roku zjeżdżali się w to samo miejsce z różnych części kraju i nie tylko. Był wśród nich przede wszystkim "wodzirej" - pan Romuald Weraksa, który skupiał wokół siebie całe towarzystwo (w tym swoich uczniów), był pan Piszczek z Gdańska z córką Agatą, pan Czajkowski z Australii czy fotografik pan Andrzej Strumiłło z modrzewiowego domu w Niedźwiedzim Rogu. Był też "pan ubek", który został wyznaczony do niechlubnej roli tajnego agenta, a o którym i tak wszyscy wiedzieli, kim jest (z wyjątkiem chyba mnie, dlatego nazwałam go kiedyś "panem ubekiem", bo myślałam, że to jego nazwisko). Mimo bytności pana ubeka po polanie pod trzema sosnami (z których tylko jedna została i o ile mi dobrze wiadomo z uwalonym czubkiem) oficjalnie krążyła "bibuła", a ludzie chodzili w koszulkach z napisem NSZZ Solidarność. Wieczorami ta przedziwna zbieranina ludzi różnych profesji, w różnym wieku (od dzieci po starców), a nawet psów zbierała się przed naszym namiotem, gdzie odbywało się niemalże rytualne ognisko. Pan Weraksa grał na gitarze i opowiadał o Jadźwingach (za potomka których się uważał), pan Piszczek, jako że był marynarzem, opowiadał o dalekich rejsach, rozmawiano też o Wielkim Wybuchu, kometach, polityce i dosłownie wszystkim. Nad głowami latały "spadające gwiazdy", a stare sosny trzeszczały, kołysząc się na wietrze. A rano wszyscy spotykali się w kolejce przy pompie. Panowie z lornetkami wypatrywali gdzie "biją mewy", co oznaczało, że w danym miejscu buszowały duże okonie. Siadali wówczas do swoich motorówek i pruli w to miejsce. Potem cała polana miała na kolację okonie, które były tak wielkie, jak karpie. Nigdy potem nie widziałam tak wielkich okoni.
W tamtych czasach zaczytywałam się w "panu Samochodziku" i kryminałach (tak przy okazji, do dziś niewiele sie zmieniło). Wiele z przygód pana Samochodzika miało miejsce na Mazurach, więc sama marzyłam, że kiedyś też napiszę kryminał i w ogóle będę pisarką. Często więc siadałam na ściętych pniach sosen i robiłam notatki, które miały mi się w przyszłości przydać. Nie wiem, gdzie one dziś są, ale tamte Mazury i tak mam przed oczami i dobrze pamiętam. Mile wspominam też Kaczerajno, małe jeziorko oddalone o ok. 1,5 km od bindugi. Chodziliśmy tam się kąpać, gdy Śniardwy zakwitały i pokrywały się grubą kożuchowatą warstwą niebiesko-zielonej mazi. Tam woda była krystalicznie czysta, a miejsce spokojne (ponoć do dziś tak jest). Zawsze bardzo mi się podobało to jezioro i uważałam je za jedno najpiękniejszych jezior mazurskich. Jednak za numer jeden uważałam i wciąż uważam (mając na uwadze dość stare moje wspomnienia) jezioro Jegocin. Zabrali mnie tam kiedyś pan Piszczek z córką. Całe jezioro wraz z przylegającymi lasami było terenem zamkniętym, należącym do ośrodka wojskowego. My jednak dotarliśmy tam jakoś, a ponieważ jezioro położone było w dole, a wokół zalesione wzgórza, więc mieliśmy fantastyczny widok. Kompletna dzicz. Podobno, jezioro jest już otwarte, ale nie ma wokół niego żadnych domków letniskowych, ani pól biwakowych. Sama szukałam, ale nie znalazłam.
Mówiąc o panu Weraksie nie sposób nie wspomnieć o jego jednej z wielu pasji - konstruowaniu łodzi. A w kontekście przywołanego pana Samochodzika to brzmi bardzo na miejscu, gdyż jego łodzie, były dziwne i mówiąc szczerze brzydkie, jak wehikuł pana Samochodzika, ale pływały i to nieźle, a to chyba najważniejsze. Mało tego, te konstrukcje wodne były powielane w wielu egzemplarzach. Do tego motywu i historii związanych z panem Weraksą jeszcze kiedyś powrócę bo pan Weraksa konstruował wiele różnych rzeczy, to był prawdziwy Leonardo da Vinci ze wsi Kociołek Szlachecki. Zresztą wygląd też miał niezwykły i jeździł na motorze, który wydawał dość głośne dźwięki (rycząco-strzelające), zatem gdy pan Weraksa się zbliżał, słychać go było juz daleka.

Oto taka garść wspomnień, a do tego kilka zdjęć. Zdjęcia zostały "pożyczone" z albumu internetowego, a to link do tego albumu: sakowski46

ŚNIARDWY

Widok z bindugi na Czarci Ostrów (za nim Wyspa Pajęcza)

Jak wyżej

Kaczerajno

Kaczerajno o zachodzie

Kaczerajno o poranku

piątek, 23 listopada 2007

Buenos Aries po wyborach

Dziś kilka zdjęć, ukazujących pozostałości po wyborach prezydenckich w Argentynie.

środa, 21 listopada 2007

Kierunek Mazury!

Po kilkudniowych internetowych poszukiwaniach i przemyśliwaniach doszliśmy do wniosku, że tegoroczne wakacje spędzimy w kraju, na Mazurach. Miałam kilka innych pomysłów, ale Mazury już od dawna za mną chodziły. Mam ochotę powrócić do dawnych czasów, kiedy wakacje nad mazurskimi jeziorami były moimi najlepszymi wakacjami. Parę lat temu byliśmy na Suwalszczyźnie, nad Wigrami. Bardzo mile wspominam tamte wakacje. Udało nam się znaleźć wiele dzikich miejsc. Tym razem uparłam się na Puszczę Piską. Nie było łatwo, bo większość domków stoi w tzw. osadach domków letniskowych, a to wiąże się z wdychaniem oparów grillowych, słuchaniem darcia się obcych dzieci i różnymi innymi konsekwencjami życia w grupie. Niestety, wciąż wiele tzw. domków letniskowych drastycznie odbiega standardem od domów na Zachodzie, nie odbiegając równocześnie ceną. Wygląda tak, jakby sobie ktoś posprzątał mieszkanie, wyrzucając stare wersalki z lat 70. i plastikowe krzesełka. Wszystko to jedna wielka zbieranina gratów. To też mi się bardzo nie podoba. Chciałam coś skromnego i prostego, ale nie wysypisko starych mebli. Ale jak już coś fajnego znalazłam, to okazywało się, że domek leży zbyt daleko jeziora, albo zbyt daleko lasu, albo zbyt blisko jakiegoś ośrodka. Ponieważ nie można mieć w życiu wszystkiego mój wybór zawęziłam do 3 domów i ostatecznie wybrałam jeden z nich. Jest położony na terenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego, nad małym jeziorem Kierwik, w okolicach Spychowa. Jezioro leży w strefie ciszy i wprawdzie po jednej stronie ma kilka osad domków letniskowych, ale ze zdjęć wynika, że nasz domek jest raczej w spokojnej okolicy. Jest ładny, duży (102 m kw.), z kominkiem, nad górce z pięknym widokiem na jezioro (100 m). Wokół lasy Puszczy Piskiej. Blisko do innych jezior mazurskich znanych mi z dzieciństwa, które zamierzam odwiedzić.


środa, 14 listopada 2007

Idzie zima i ferie zimowe

Ponieważ w rodzinie pojawił się wątek ferii zimowych, więc informuję, że my też już zaklepaliśmy - tradycyjnie - pensjonat w Szklarskiej Porębie. Poddaliśmy dyskusji wersję zagranicznego wyjazdu, w region Szwajcarii, Włoch lub Austrii, ale ostatecznie uznaliśmy, że zima bez Szklarskiej Poręby to zima nieważna i postanowiliśmy kolejne ferie spędzić w naszym ulubionym pensjonacie, na naszych ulubionych trasach zjazdowych i innych ulubionych miejscach. Dla przypomnienia, kilka fotek z zeszłorocznego pobytu w Szklarskiej Porębie. Dodam tylko, że to było podczas tej zimy, kiedy bankrutowały pensjonaty i firmy wyciągowe w całej Polsce, z powodu braku śniegu.

poniedziałek, 12 listopada 2007

Jerzy Stuhr

9 listopada pracowałam podczas bardzo fajnej imprezy - nadania doktoratu honoris causa Uniwersytetu Śląskiego Jerzemu Stuhrowi. Był to pierwszy tego typu tytuł w historii tego aktora i reżysera. Pan Jerzy Stuhr okazał się skromnym i sympatycznym człowiekiem, który z prawdziwym wzruszeniem i łzami w oczach odbierał ten zaszczytny tytuł. Imprezę oceniam jako udaną, a poniżej kilka fotek.

Nie ma jak autograf na płycie ze Shrekiem ;-)

Jerzy Stuhr piszący dedykację dla mojej gazety

niedziela, 11 listopada 2007

Zima pełną gębą

No i dosypało śniegu. Od wczoraj cały czas pada i świat z naszych okien wygląda tak, jak to widać na zdjęciach. I wcale nie jest to ani wieczór, ani wina złego ustawienia aparatu. Gdy robiłam zdjęcia było dokładnie tak ciemno i ponuro.


Nasza kocica-persica zdegustowana przygląda się temu, co dzieje się za oknem

piątek, 9 listopada 2007

Nasza góralska siedziba (przyszłościowa)

Ogłaszam wszem i wobec, że od wczoraj jesteśmy właścicielami działki w górach (w Beskidzie Żywieckim), niedaleko Ujsoł. Wioska nazywa się Soblówka i leży na końcu świata, a z naszej działki (położonej na Polanie Hutyrowej) jest kilka kilometrów do "centrum" wsi. Dojazd jest całkiem przyzwoity, co przetestowaliśmy wczoraj - już w warunkach zimowych (widzieliśmy też pług odśnieżający drogę). Tylko ostatnie 200 metrów to rajd Paryż-Dakar: bagno, ostro pod górę i praktycznie zero drogi. Ale samochód dał radę, chociaż przy trzeciej próbie.:-) Działka (1600 m kw.) jest pięknie położona, na południowym stoku, z widokiem na niezasiedlone przez człowieka góry, całkowicie porośnięte lasem świerkowym. Niedaleko naszej działki biegnie szlak na Halę Rycerzową.

Koniec drogi, dalej już tylko napęd na cztery koła.

Państwo, od których kupiliśmy działkę.

Na końcu drogi, skręt ostro w lewo, ostro pod górę i ostro w bagnie.

Do naszej działki nie ma jeszcze drogi, samochód zatrzymaliśmy kilkanaście metrów przed działką, poza tym nie chcieliśmy wjeżdżać w kopny śnieg.

Widoki z naszej działki

Polana Hutyrowa i Krzysiek zmierzający ku środkowi naszej działki.
Krzysiek na nadziej działce.

Ja na naszej działce.

Gdy byliśmy tu we wrześniu, wszędzie było zielono, żółto i brązowo - piękne kolory gór.

wtorek, 6 listopada 2007

Pierwszy śnieg tej jesieni

No i stało się. Liście z drzew spadły, a z nieba sypnęło śniegiem. Te zdjęcia zostały zrobione kilkanaście minut temu i pokazują świat z okien mojej pracy. Ponury widok, ale prawdziwy. W ogóle strasznie szaro zrobiło się w Katowicach... Wszystkie kolory gdzieś zniknęły.

poniedziałek, 5 listopada 2007

Pokłosie halloweenowe

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, dziś zamieszczam pokłosie zdjęciowe z imprezy halloweenowej. Było bardzo fajnie: z sufitów zwisały sztuczne pajęczyny i girlandy z trupimi czaszkami, dyniami i pająkami. Jedliśmy "krwawą polewkę" (czyli barszcz czerwony) i talerz osobliwości (czyli chili con carne). Wszystko podane było oczywiście na "klimatycznym" serwisie stołowym (z motywami halloweenowymi). Klimatu grozy dopełniły horrory.