niedziela, 24 lutego 2008

Paryż inaczej

Przez weekend robiłam przegląd kolejnej partii moich zdjęć, tym razem fotografii z Paryża, które zostały wykonane podczas pobytu w 2007 roku. Mam fajne zdjęcia również z pobytu w 2000 roku, ale wtedy jeszcze miałam do dyspozycji zwykły aparat, nie cyfrowy. Dlatego nie chce mi się ich skanować, a poza tym i tak ich jakość by ucierpiała. Przedstawiam dziś zdjęcia, które uznaję za ciekawsze, "nieturystyczne" (cokolwiek to oznacza), pokazują Paryż inaczej, tzn. romantycznie i zachęcają do odwiedzenia. Ja jednak osobiście uważam, że Paryż nie jest zbytnio ciekawy, głównie jest brudny, zatłoczony, miejscami zdemolowany... Niech mi wszyscy wielbiciele tego miasta wybaczą, ale taka jest brutalna prawda. Oczywiście można znaleźć miejsca interesujące, można też widzieć Paryż takim, jakim nie jest. Ja na tych zdjęciach chyba starałam się zobaczyć coś, czego nie ma. Ale jestem przekonana, że kiedyś to miasto było wspaniałe, czegoś ślady są wciąż widoczne.

Na potrzeby tego "fotoreportażu" zdjęcia zostały pomniejszone i ograniczyłam ich jakość, dzięki temu szybciej się otwierają.



















wtorek, 19 lutego 2008

Zwierzaki w obiektywie

W czasie swoich wędrówek po różnych kontynentach (ale i po Polsce) miałam okazję robić zdjęcia najprzeróżniejszym zwierzakom. Ostatnio przeglądałam sobie zdjęcia z moich wyjazdów i stwierdziłam, że jest tego sporo. Oddzieliłam je więc od innych i z kilku najfajniejszych postanowiłam zrobić mały pokaz. Wszystkie zwierzęta uwidocznione na zdjęciach są żywe, żadne wypchańce. Nie wszystkie wiem, jak się nazywają (nie miały do ogonów przypiętych tabliczek). Więc jak ktoś zauważy zdjęcie bez nazwy, a wie jak się nazywa zwierzak, to niech do mnie napisze.

Nie mam pojęcia co to jest. Widać jedynie, że gryzoń. Jest wielkości wypasionego kocura.

To jest chyba kormoran. Zdjęcie zrobione w Amazonii.

Lama. Zdjęcie zrobione w Argentynie.

To jest jakiś dziwny ptaszek i jego gniazdo. Zdjęcie zrobione w Argentynie.

Chyba głuptak (Bratania/Francja)

A to jest bardzo zagadkowa sprawa. Po odpływie w Bretanii na plaży pozostawały takie wywłoki - wielkości kurzego jajka. Były w środku puste, widać jakiś osobnik je opuścił. Najciekawsze jest to, że te skorupki były lekko owłosione. Może jakiś pająk morski?

Pingwin pod wodą. Zdjęcie poruszone, ale skubaniec strasznie szybko się poruszał.

Jakiś krab

Jakiś ukwiał

Jakaś ryba z groźną mordą

Foka. Wcale nie tak łatwo było jej zrobić zdjęcie. Cholera jedna była strasznie szybka i tylko na ułamek sekundy wystawiała łeb z wody. To białe dookoła, to lód (jakby ktoś miał wątpliwości).

Jakaś płaszczka

Ryba-piła. Zdjęcie robione od dołu, dlatego wygląda nieco dziwnie. Była naprawdę sporych rozmiarów (conajmniej 3-4 m). Sama piła miała z 1 m długości.

Rekin. Miał ok. 4-5 metrów długości.

Najbardziej jadowita ze wszystkich ryb - skrzydlica

Meduzy. W rzeczywistości miały nieco iny kolor, bardziej wpadający w fiolet.

Argentyński tukan

Flamingi

Jakiś rogacz, chyba koziorożec, ale nie jestem pewna

Legwan

Jakiś gad

Struś nandu

Koati, znany też pod nazwą ostronosa argentyńskiego. Wielkości średniej wielkości psa. Futrzak milutki, ale bezczelny i jego podstawową cechą jest łakomstwo na ludzkie pożywienie. Szczególnie lubi chipsy, krakersy i cukier w saszetkach. Kradnie bez skrępowania. A jak się z nim dyskutuje na temat szkodliwości takiego pożywienia, to potrafi ugryźć. "Poluje" w stadach, tak żeby człowiek nie miał żadnych szans.


Pingwiny magellańskie. Są małe, sięgają do kolan lub nieco ponad przeciętnego człowieka.



środa, 13 lutego 2008

Literatura w klimacie Bretanii

Od czasu pobytu w Bretanii pilnie śledzę nowości literackie dotyczące tematyki "bretońskiej". Generalnie z tym kiepsko. Nawet przewodniki skąpo traktują o tym regionie Francji. Naprawdę nie zachęcają do przyjazdu, a jeżeli już coś piszą to jedynie o kilku najważniejszych miejscach. Może to i dobrze, bo dzięki temu Bretania ma charakter zapomnianej przez Boga krainy, gdzie można godzinami spacerować po wrzosowiskach i nie spotkać "żywego ducha". Turystów tam jak na lekarstwo i m.in. to mnie ściągnęło do Bretanii. Jednak chyba najważniejszym impulsem do wyjazdu w tę część Europy było obejrzenie serialu francuskiego pt. "Kamienie śmierci", który parę lat temu leciał w TVP. Serial oparty jest na książce o tym samym tytule, autorstwa Nicole Jamet i Marie-Anne Le Pezennec. Ogólnie to taka powieść sensacyjno-kryminalna, w której jednak pojawia się sporo wątków dotyczących historii Bretanii, mitów celtyckich itp. A to, co mnie najbardziej urzekło to zdjęcia, najprawdziwszej Bretanii, klifów i rozbijających się o nie fal, wrzosowisk, wysepek z samotnymi latarniami morskimi itd. I wtedy postanowiłam tam pojechać. Zresztą jestem tak zauroczona tym zakątkiem Francji, że z pewnością zrobię wszystko, aby tam jeszcze wrócić.

Okładka książki, na podstawie której nakręcono film o tym samym tytule

Po powrocie z Bretanii przeczytałam następne dwie książki. Wpierw o pierwszej. To "Dom nad Aven" Moniki Handke. Książka ta to zbiór esejów, które swego czasu ukazywały się na łamach "Gazety Polskiej". "Aven" to miasteczko (zwane miastem artystów) i jednocześnie nazwa rzeki przez nie przepływającej. Położone jest na granicy dwóch departamentów Bretanii: Finistere i Morbihan. O książce wiedziałam zanim pojechałam do Bretanii i gdy przejeżdżałam przez nie, jadąc do Carnac bardzo żałowałam, że z powodu braku czasu nie mogę tam zajechać. Autorka, będąca malarką, w plastyczny sposób opisuje życie mieszkańców Bretanii, klimat tej krainy oraz jej krajobrazy. Nawet jeśli się nigdy tam nie było można sobie na jego podstawie wyrobić prawdziwy obraz. Fajne jest to, że nie ma tu natrętnych opisów rodem z przewodników turystycznych, z datami, odległościami itp., tylko zaułki, stare domy, omszałe kamienie, dzikie plaże po odpływie... Bardzo uspakajająca, a nawet kojąca lektura.

Trzecia książka, o której chcę wspomnieć to moja ostatnia zdobycz: "Cena wody w Finistere" szwedzkiej pisarki Bodil Malmsten. To opowieść autobiograficzna, w której autorka opowiada, jak to w pewnym momencie swojego życia (a jest to już po pięćdziesiątce) ma tak serdecznie dość swojej ojczyzny i swoich rodaków, że postanawia spakować się do starego samochodu i wyjechać do Bretanii. W departamencie Finistre kupuje domek. Od tego momentu rozpoczyna się jej opowieść, która przypomina nieco "Pod słońcem Toskanii" w wykonaniu Joanny Chmielewskiej. Pani z ulubionym przeze mnie stylem dowcipu opisuje swoje perypetie: począwszy od nauki języka i zabawnych pomyłek, jakie z tego powodu wynikają, przez urządzanie ogródka i walkę z kretami, po budowę szamba. W książce niezwykle rzadko padają nazwy geograficzne. Trudno zidentyfikować dokładnie miejsce, w którym mieszka autorka, zresztą nie ma to znaczenia, chodzi raczej o pokazanie radości z mieszkania w Bretanii, z tego że nie pada śnieg, kwiaty kwitną zdecydowanie dłużej niż w Szwecji, a uczucie spokoju wewnętrznego można czerpać z tak prozaicznych czynności jak kupowanie donic, sadzenie groszku pachnącego czy walka z mszycami. Przy tym opowieść naszpikowana jest wspomnieniami, a dokładniej porównywaniami konkretnych sytuacji życiowych z tymi ze Szwecji. A wszystko opisuje w lekki i zabawny sposób. Obśmiałam się przy tej książce jak norka. Jest jeszcze jedna nauka płynąca z lektury tej książeczki... Stwierdzam, że wszyscy mamy podobne problemy życiowe... Szwedzi, Francuzi, Polacy... Autorka czasami narzeka na pewne niedogodności, nazywając je typowo szwedzkimi, czy typowo francuskimi... a ja w nich widzę typowo polskie i to czyni tę opowieść taką przystępną.


Na koniec jeszcze wspomnę o jednej książce, którą czytałam w Bretanii, zawinięta w koc przy trzaskającym kominku, gdy za oknami lało już któryś z kolei dzień, a Karolina leżała zwalona chorobą i nie mogliśmy się nigdzie ruszyć. To "Obietnica Anioła" autorstwa Violette Cabesos i Frederic Lenoir. Generalnie historia z palca wyssana, wzorowana na "Imieniu Róży" czy "Kodzie da Vinci". Opowieści sprzed 500 lat przeplatają się z morderstwami w czasach współczesnych. Nie jest to żadne arcydzieło literackie, ale jednak muszę stwierdzić, że sporo w niej historii Bretanii i Normandii. Czyta się ją lekko i potrafi wciągnąć jak dobry kryminał. Wątki nadprzyrodzone są tu zupełnie chybione, ale i tak sprawiło mi przyjemność czytanie o bezgłowym mnichu pojawiającym sie w opactwie Le Mont-Saint-Michel. Klimat naszego bretońskiego domu, będącego miniaturą średniowiecznego zamku, był dodatkowym atutem. Także wiejące nieustannie wiatry na wrzosowiskach i to charakterystyczny "wycie". Czytało się więc świetnie. Myślę jednak że i w naszym klimacie, wciąż mamy pogodę beznadziejną, książka będzie fajną lekturą. W każdym razie, po jej przeczytaniu nie mogłam sobie odmówić rzucenia okiem na Le Mont-Saint-Michel i w drodze do Paryża zajechaliśmy tam na moment. Faktycznie robi niesamowite wrażenie, chociaż dzikie hordy turystów też.