środa, 13 lutego 2008

Literatura w klimacie Bretanii

Od czasu pobytu w Bretanii pilnie śledzę nowości literackie dotyczące tematyki "bretońskiej". Generalnie z tym kiepsko. Nawet przewodniki skąpo traktują o tym regionie Francji. Naprawdę nie zachęcają do przyjazdu, a jeżeli już coś piszą to jedynie o kilku najważniejszych miejscach. Może to i dobrze, bo dzięki temu Bretania ma charakter zapomnianej przez Boga krainy, gdzie można godzinami spacerować po wrzosowiskach i nie spotkać "żywego ducha". Turystów tam jak na lekarstwo i m.in. to mnie ściągnęło do Bretanii. Jednak chyba najważniejszym impulsem do wyjazdu w tę część Europy było obejrzenie serialu francuskiego pt. "Kamienie śmierci", który parę lat temu leciał w TVP. Serial oparty jest na książce o tym samym tytule, autorstwa Nicole Jamet i Marie-Anne Le Pezennec. Ogólnie to taka powieść sensacyjno-kryminalna, w której jednak pojawia się sporo wątków dotyczących historii Bretanii, mitów celtyckich itp. A to, co mnie najbardziej urzekło to zdjęcia, najprawdziwszej Bretanii, klifów i rozbijających się o nie fal, wrzosowisk, wysepek z samotnymi latarniami morskimi itd. I wtedy postanowiłam tam pojechać. Zresztą jestem tak zauroczona tym zakątkiem Francji, że z pewnością zrobię wszystko, aby tam jeszcze wrócić.

Okładka książki, na podstawie której nakręcono film o tym samym tytule

Po powrocie z Bretanii przeczytałam następne dwie książki. Wpierw o pierwszej. To "Dom nad Aven" Moniki Handke. Książka ta to zbiór esejów, które swego czasu ukazywały się na łamach "Gazety Polskiej". "Aven" to miasteczko (zwane miastem artystów) i jednocześnie nazwa rzeki przez nie przepływającej. Położone jest na granicy dwóch departamentów Bretanii: Finistere i Morbihan. O książce wiedziałam zanim pojechałam do Bretanii i gdy przejeżdżałam przez nie, jadąc do Carnac bardzo żałowałam, że z powodu braku czasu nie mogę tam zajechać. Autorka, będąca malarką, w plastyczny sposób opisuje życie mieszkańców Bretanii, klimat tej krainy oraz jej krajobrazy. Nawet jeśli się nigdy tam nie było można sobie na jego podstawie wyrobić prawdziwy obraz. Fajne jest to, że nie ma tu natrętnych opisów rodem z przewodników turystycznych, z datami, odległościami itp., tylko zaułki, stare domy, omszałe kamienie, dzikie plaże po odpływie... Bardzo uspakajająca, a nawet kojąca lektura.

Trzecia książka, o której chcę wspomnieć to moja ostatnia zdobycz: "Cena wody w Finistere" szwedzkiej pisarki Bodil Malmsten. To opowieść autobiograficzna, w której autorka opowiada, jak to w pewnym momencie swojego życia (a jest to już po pięćdziesiątce) ma tak serdecznie dość swojej ojczyzny i swoich rodaków, że postanawia spakować się do starego samochodu i wyjechać do Bretanii. W departamencie Finistre kupuje domek. Od tego momentu rozpoczyna się jej opowieść, która przypomina nieco "Pod słońcem Toskanii" w wykonaniu Joanny Chmielewskiej. Pani z ulubionym przeze mnie stylem dowcipu opisuje swoje perypetie: począwszy od nauki języka i zabawnych pomyłek, jakie z tego powodu wynikają, przez urządzanie ogródka i walkę z kretami, po budowę szamba. W książce niezwykle rzadko padają nazwy geograficzne. Trudno zidentyfikować dokładnie miejsce, w którym mieszka autorka, zresztą nie ma to znaczenia, chodzi raczej o pokazanie radości z mieszkania w Bretanii, z tego że nie pada śnieg, kwiaty kwitną zdecydowanie dłużej niż w Szwecji, a uczucie spokoju wewnętrznego można czerpać z tak prozaicznych czynności jak kupowanie donic, sadzenie groszku pachnącego czy walka z mszycami. Przy tym opowieść naszpikowana jest wspomnieniami, a dokładniej porównywaniami konkretnych sytuacji życiowych z tymi ze Szwecji. A wszystko opisuje w lekki i zabawny sposób. Obśmiałam się przy tej książce jak norka. Jest jeszcze jedna nauka płynąca z lektury tej książeczki... Stwierdzam, że wszyscy mamy podobne problemy życiowe... Szwedzi, Francuzi, Polacy... Autorka czasami narzeka na pewne niedogodności, nazywając je typowo szwedzkimi, czy typowo francuskimi... a ja w nich widzę typowo polskie i to czyni tę opowieść taką przystępną.


Na koniec jeszcze wspomnę o jednej książce, którą czytałam w Bretanii, zawinięta w koc przy trzaskającym kominku, gdy za oknami lało już któryś z kolei dzień, a Karolina leżała zwalona chorobą i nie mogliśmy się nigdzie ruszyć. To "Obietnica Anioła" autorstwa Violette Cabesos i Frederic Lenoir. Generalnie historia z palca wyssana, wzorowana na "Imieniu Róży" czy "Kodzie da Vinci". Opowieści sprzed 500 lat przeplatają się z morderstwami w czasach współczesnych. Nie jest to żadne arcydzieło literackie, ale jednak muszę stwierdzić, że sporo w niej historii Bretanii i Normandii. Czyta się ją lekko i potrafi wciągnąć jak dobry kryminał. Wątki nadprzyrodzone są tu zupełnie chybione, ale i tak sprawiło mi przyjemność czytanie o bezgłowym mnichu pojawiającym sie w opactwie Le Mont-Saint-Michel. Klimat naszego bretońskiego domu, będącego miniaturą średniowiecznego zamku, był dodatkowym atutem. Także wiejące nieustannie wiatry na wrzosowiskach i to charakterystyczny "wycie". Czytało się więc świetnie. Myślę jednak że i w naszym klimacie, wciąż mamy pogodę beznadziejną, książka będzie fajną lekturą. W każdym razie, po jej przeczytaniu nie mogłam sobie odmówić rzucenia okiem na Le Mont-Saint-Michel i w drodze do Paryża zajechaliśmy tam na moment. Faktycznie robi niesamowite wrażenie, chociaż dzikie hordy turystów też.


1 komentarz:

Jerry pisze...

te opisy Bretani to jak ulal pasuja do wielu rejonow i miejsc w Szwecji. Moze tylko ludzie nieco inni.