czwartek, 3 lipca 2008

Oaza Tinerhir

Po atrakcjach związanych z oficjalnym otwarciem Jacka Placka powracam do wspomnień z Maroka. Muszę trochę przyspieszyć, bo niedługo znowu wyjeżdżam, a jeszcze nie opowiedziałam wielu ciekawych miejscach, które odwiedziłyśmy z Karoliną w Maroku. Jednak objechaliśmy spory kawałek tego pięknego kraju i nie sposób wszystko w tak krótkim czasie opowiedzieć. Myślę, że do wspomnień z Maroka będę jeszcze długo wracać.

Oaza Tinerhir u stóp Atlasu Wysokiego. Jak widać na zdjęciu domy są wznoszone z tego samego budulca co góry. Czasami z daleka w ogóle nie można ich odróżnić tak domy zlewają się z otoczeniem.

Maroko to nie tylko pustynie i jałowa ziemia, czego przykładem może być oaza Tinerhir, która powstała nad rzeką Todrą. Rzeka tworzy tu żyzną dolinę porośniętą przez gęste gaje palmowe

Panorama Tinerhir i okolicznych gajów

Wybraliśmy się na spacer po gajach palmowych Tinerhiru . Ponieważ są one rozległe i gęste, poprzecinane kanałami nawadniającymi poszczególne poletka, więc potrzebowaliśmy miejscowego przewodnika

Spacerując po ścieżkach gajów Tinerhir można spotkać wiele sympatycznych zwierzątek

Ten osobnik nie chciał zejść nam z drogi. Musieliśmy mu pomóc.;-)



Kwitnąca palma daktylowa

Dzięki życiodajnej rzece są tu nawet poletka jakiegoś zboża




Nasz przewodnik oprowadził nas także po miasteczku

Na wystawie tego sklepu jubilerskiego są wystawione wyroby wyłącznie ze złota

Na "rynku" w Tinerhir. Karolina ma nietęgą minę, a to dlatego, że po całym dniu łażenia po górach i pustyni wszyscy byliśmy "nieodpowiednio" ubrani. Ponieważ Tinerhir to tradycyjna społeczność położona daleko od turystycznych szlaków, więc miejscowi patrzyli nas krzywo, a szczególnie miejscowe kobiety, pozawijane od stóp do głów, obcinały nas nieprzyjaznym spojrzeniem. Karolinie się do wybitnie nie podobało.

Spacer uliczkami Tinerhir



Wizyta w dywaniarni. Karolina odetchnęła i znowu uśmiech zagościł na buzi. Sprzedawcy dywaniarni mówili po angielsku i mimo tradycyjnego ubioru zachowywali się po "europejsku" (cokolwiek to oznacza). Najważniejsze, że nie zwracali uwagi na nasze krótkie spodenki oraz koszulki na ramiączkach.

Główny sprzedawca rozpoczął tradycyjną gadkę: "nie musicie niczego kupować, tylko popatrzcie".

I w mig przed nami wyłożono kilkadziesiąt dywanów, dywaników, kilimów, narzut, bieżników...

... nawet narzutkę na wielbłąda, której jednak nie kupiliśmy. Ale trzeba przyznać, że wszystko było przepiękne, najwyższej jakości, kolorowe i w tradycyjne arabskie lub berberyjskie wzory. W końcu dałam się skusić i kupiłam jeden mały kilim, targując się przy tym jak Berber. Do dziś jednak nie znalazłam dla niego miejsca w domu i leży sobie zwinięty.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Wizyta w dywaniarni, mysle ze jesli miejscowi sprzedawcy mimo wszystko nie dali pozanc tego po sobie, to zapewne jest to dla nich rowniez cicha atrakcja, zdjecia super, marko