poniedziałek, 29 września 2008

Jose Torres - po raz drugi

Filmik zrobiony komórką, więc kiepskawy. Poza tym skończyła mi się pamięć w komórce i filmik jest urwany. Więc służy tylko raczej jako krótka zajawka klimatu imprezy w rytmach kubańskich.

piątek, 26 września 2008

Koncert Jose Torresa / El concierto de Jose Torres

25 września w Jacku Placku odbył się koncert Jose Torresa i jego grupy. Gorące kubańskie rytmy przez kilka godzin rozbrzmiewały w zimną polską noc. A poniżej relacja zdjęciowa.

25 de septiembre en nuestro restaurante "Jacek Placek" tuvo lugar el concierto de Jose Torres con su grupo. Los ritmos calientes, cubanos por algunas horas retumbaban en la noche fría, polaca. Bajo - el relato fotográfico.



















środa, 24 września 2008

Maroko off-road / Caminos impracticables de Marruecos

Dziś same zdjęcia. Przedstawiają różne regiony Maroka, głównie południe kraju, z dala od kurortów, głównych dróg i atrakcji turystycznych.

Hoy presento las fotos de los caminos impracticables de Marruecos, de las regiones diversas, sobre todo del sur del país, lejos de las ciudades principales y atracciones turísticas.


Ciekawym widokiem, jaki można zobaczyć w niektórych regionach Maroka, są kozy na drzewach. W rzeczywistości są to krzewy arganowe, których oliwki są przysmakiem marokańskich kóz.

Olej wytwarzany z oliwek arganii jest bardzo ceniony ze względu na jego ponoć niesamowite walory zdrowotne. Niestety, stwierdzam, że oprócz walorów zdrowotnych nie posiada smakowych, bo jest po prostu ohydny. Marokańczycy wszystko skrapiają nim dość obficie i sałatki są nie do zjedzenia. Z oleju arganowego robi się także kremy i inne produkty kosmetyczne i tu muszę potwierdzić, że faktycznie są świetne. Kupiłyśmy z Karoliną kilka różnych kremów i bardzo nam służą.


Hamada - pustynia żwirowa i nasze jeepy, kórymi przemierzaliśmy bezdroża Maroka

Nawet przeprawialiśmy się przez rzekę

Atlas Wysoki


Na każdym kroku napotykaliśmy się na ruiny starych kazb. Nawet jako zrujnowane prezentowały się niezwykle malowniczo.



Domy Berberów w miastach są oznaczone kolorem niebieskim (najczęściej drzwi). Na wsiach są też charakterystyczne. Te znaki na ścianach to symbole oznaczające, czy w tym domu mieszka panna, mężatka czy wdowa.




Budowla widoczna na zdjęciu to ruiny bardzo starej biblioteki.

W Maroku zwierzęciem jucznym jest osioł lub muł. Koni w ogóle nie widziałam, no może poza Marrakeszem, gdzie ciągnęły dorożki.



piątek, 19 września 2008

Prawdziwe marokańskie targowisko / El zoco verdadero en Marruecos

To co jest najciekawsze w przemierzaniu bezdroży każdego kraju, to możliwość zobaczenia go w prawdziwym świetle, nie pod turystów. Dlatego jednym z najcenniejszych doświadczeń w Maroku było odwiedzenie prawdziwego targowiska: z dala od szlaków turystycznych, gdzie nie było żadnych wycieczek, a atrakcją byliśmy my, nie tubylcy. Oczywiście łączyło się to z pewnym ryzykiem, ponieważ targowisko było usytuowane w małej wiosce w górach i nie bardzo wiedzieliśmy, jak miejscowi na nas zareagują. Na wszelki wypadek wszystkie kobiety z naszej ekipy założyły chustki na głowy (z wyjątkiem Karoliny, która się zbuntowała) . Na szczęście miejscowi wykazywali raczej zdrową ciekawość, byli bardzo mili, a to co było krępujące, to jedynie ich wpatrywanie się w nas. Nie bardzo wiedziałam też jak zareagują na robienie zdjęć, a jako że w tej wsi miejscowi mówili jedynie w jakimś berberyjskim narzeczu, więc dyskusje nie miałyby sensu, zatem większość zdjęć robiłam z tzw. biodra. Dlatego czasami są dziwnie skadrowane. Nie mogłam jednak liczyć na to, że nikt nie zauważy mojego wielkiego aparatu z wielkim obiektywem.;-) Chodziło mi raczej o uchwycenie najciekawszych obrazów, tak bardzo odbiegających od naszej, europejskiej cywilizacji.


Targowiska w marokańskich wioskach, podobnie jak u nas, usytuowane są w centralnej części, na dużym placu i okolicznych uliczkach. Zbliżając się do targu, widać zaparkowane samochody, na które ładowane są zakupione towary. Ludzie na suk przyjeżdżają nawet z bardzo odległych wiosek.

Marokańczycy kochają miętową herbatę (która łagodzi efekty uboczne spożywanego przez nich mięsa). Można się jej napić wszędzie, nawet na pustyni w namiocie Berberów.

Na początku naszego poznawania marokańskiego targu jest spokojnie. Na rozłożonych matach i kartonach leżą w miarę normalne przedmioty, np. garnki.

Im głębiej w targ, tym pojawiają się inne przedmioty oraz produkty spożywcze. Wszystko leży bezpośrednio na ziemi, gazetach lub kartonach

Między "stoiskami" krąży roznosiciel wody, prawdziwy, a nie taki cudak jak w Marrakeszu, który nie tylko nie ma wody, ale również służy wyłącznie jako model do zdjęć (za opłatą rzecz jasna).

Ciekawostką dla mnie jest fakt przebywania na targu wyłącznie mężczyzn. Nie widzieliśmy tu ani jednej kobiety. Widziałam natomiast mężczyznę, który z kupy ciuchów leżących na ziemi wybrał strasznie brzydką spódnicę, oglądał ją z każdej strony, kręcąc głową, a następnie zaczął targować się o cenę. Wyobraziłam sobie, jak potem wraca do domu i daje swojej żonie. Zastanawiałam się, czy wszystkie ciuchy jej kupuje, czy ona ma coś do powiedzenia w kwestii własnego ubioru i ewentualnie, gdzie kobiety robią zakupy.

Na marokańskim targu panuje straszny gwar, wszyscy się targują, wymachując rękami i przybijając dłonie na znak dokonania transakcji.

Przy niektórych stoiskach było więcej ludzi, przy innych mniej, ale kupić można było niemalże wszystko, nawet takie rzeczy które wydawały mi się po prostu absurdalne jako przedmiot sprzedaży, np. puste puszki po jakichś olejach czy smarach, zużyte łyse opony i stare potargane klapki...

Można było zauważyć też pewnego rodzaju porządek w układzie targu. W jednym miejscu były garnki i patelnie, w innym stare buty i ciuchy, a jeszcze gdzie indziej przyprawy i artykuły spożywcze. Był też dział pt. "ryż, mydło i powidło". Wszystko jednak sprawiało wrażenie chaosu i brudu.

Najbardziej wstrząsającym widokiem były dla mnie wiszące w upale na hakach zwierzęce szczątki, śmierdzące jak największe nieszczęście, dookoła których latały hordy bzyczących much. Coś takiego jak marokański Sanepid pewnie nie istnieje... w każdym razie takie widoki były nie tylko na zapadłych dziurach, ale i w dużych miastach i miasteczkach. Wszędzie haki z mięsem. Fuj! Po prostu okropność. Zresztą artykuły spożywcze leżące na kartonach w piachu, gdzie kurzyło się jak diabli też nie nastrajały pozytywnie. I jakoś nie mogłam oprzeć się zadawaniu sobie pytania: gdzie zaopatrują się restauratorzy naszych hoteli i restauracji, w których żywiliśmy się? W każdym razie nasze sensacje żołądkowe wiele tłumaczyły.

Właściwie na tym zdjęciu chciałam coś innego uchwycić - związaną i leżącą na ziemi owieczkę, w piachu, upale, bez wody i możliwości poruszenia się. To był straszny widok. Karolina o mało nie rzuciła się na pomoc owieczce. Zdjęcie jednak robiłam z biodra, więc okazało się, że jej nie ujęłam, a jedynie górę bliżej nieokreślonych szmat.

A to "stoisko" z używanymi sandałami i klapkami oraz fragment koleżanki, która mi weszła w kadr. W tle ciekawostka: niebieskie drzwi, czyli znak że tu mieszka/pracuje Berber.

"Dział spożywczy" i najbardziej egzotyczne przyprawy

Te ceramiczne naczynia to tajine (taka sama jest nazwa potrawy pochodzącej z tego naczynia). W zasadzie większość potraw w Maroku robi się w tym naczyniu. Będę jeszcze osobno pisała o kuchni marokańskiej.

A to właśnie dział "ryż, mydło i powidło"

Prawdziwe ozdoby berberyjskie dla kobiet. Nie ma tu przypadkowych kolorów, ani kształtów. wszystko coś oznacza. Inne są dla panien, inne dla mężątek czy wdów.

Karolina przymierzyła berberyjską ozdobę ślubną i od razu wzbudziła powszechne zainteresowanie.

Po zakończonych zakupach wszyscy załadowują swoje dobra na samochody i rozjeżdżają się do domów.