środa, 28 października 2009

Vicky Cristina Barcelona - wielkie rozczarowanie

Jakoś tak się złożyło, że nie udało mi się w wakacje pójść do kina na ostatni film Woody'ego Allena "Vicky Cristina Barcelona". Tak więc z niecierpliwością oczekiwałam na wydanie DVD. I jak tylko się ukazało, zasiadłam przed telewizorem. Niestety, z każdą upływającą minutą coraz bardziej rosło moje rozczarowanie. Film jest nudny, kompletnie nie wiadomo "co poeta miał na myśli", a przede wszystkim jest sztuczny. Problemy, które pojawiły się w filmie są raczej egzotyczne, mało przekonujące, niewciągające, gra aktorska kiepska, nawet w wykonaniu takiej gwiazdy jak Penelope Cruz. Konia z rzędem temu, kto mi powie, co właściwie Woody Allen chciał osiągnąć. Niby chodzi o pokazanie mitu "macho", zderzającego się z amerykańskim pojęciem "miłości" (cokolwiek to oznacza), ale generalnie ów filmowy macho, który wyrywa laski jak rzodkiewki z grządki, jest podstarzałym pseudoartystą, niereprezentującym żadnego światopoglądu, niemającym żadnych zainteresowań oprócz seksu i który nawet nie jest przystojny. Aktorzy miotają się bez sensu, zaprzeczając sobie na każdym kroku, są niewiarygodni, ale cóż... widać scenariusz też niewiele dał im możliwości do popisu. Drażniące jest to, że nawet plenery pięknej Barcelony zostały pokazane, jak okiem aparatu japońskiego turysty, czyli sztampowo aż do bólu. Dlatego Barcelona jest kiczowata, mało interesująca, nudna i ktoś nieznający tego miasta może się tylko zastanawiać, dlaczego w tle lecą słowa "Barcelona es poderosa" (Barcelona jest wielka). Jedyną mocną stroną filmu jest właśnie muzyka, ale w tym celu wystarczy kupić płytę z muzyką i oszczędzić sobie męki przy oglądaniu wydumanych popisów tlenionej Scarlett Johansson, która na tle pastelowych widoczków wygląda jakby się urwała z niskobudżetowego pornosa. Reasumując, ten film to pomyłka.

2 komentarze:

Wojtek pisze...

Ja uważam, że (poza nielicznymi wyjątkami) podstarzali twórcy nie mają wiele do powiedzenia. Tylko młodzi ludzie, nabuzowani hormonami, popełniają arcydzieła. Potem jedynie powtarzają swoje wcześniejsze dokonania.

recoleta pisze...

I tak, i nie. Przykładem podstarzałych twórców, którzy mnie już od dawna nie przekonują są Andrzej Wajda i niestety Roman Polański (który skończył się na "Franticu", z czego właśnie ten film był porażką). Natomiast do śmierci geniuszem reżyserskim był dla mnie Federico Fellini. Jakieś 2-3 lata temu Woody Allen zrobił fajną komedia "Scoop". Uważam, że była fajna, w jego stylu, więc mimo wszystko uznaję, że "Vicky Cristina Barcelona" to wypadek przy pracy. Może Woody Allen nie powinien po prostu robić filmów w Europie...?