poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Pierwsze chwile po powrocie / Volví de las vacaciones

Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił i już jestem w domu. Na szybko kilka refleksji/wspomnień. Przede wszystkim tegoroczne wakacje obfitowały w "mobilny" skład współlokatorów mojego domku wakacyjnego. Po tym, jak Kuba odmówił wyjazdu z rodziną i wybrał pracę na plaży w Dziwnowie, okazało się, że zostałam sama z Karoliną w dość dużym, pustym domu. Trochę to trwało, ale w końcu udało się namówić mamę, która spędziła z nami tydzień. Zaraz na samym początku przyjechał także Andrzej F. (rodzina wie kto - siostrzeniec mojej mamy), który zanocował u nas i razem odwiedziliśmy Opatów (o tym w kolejnej relacji). Po tygodniu, na kilka dni przyjechał tata. Potem tata wrócił z mamą i zostałyśmy same, a do tego zmieniła się pogoda, padało trzy dni i nudziłyśmy się jak mopsy. Do naszej wesołej grupy dołączył szczeniak właścicieli, który nie odstępował nas nawet na chwilę, gryząc i drapiąc wszystko, co się dało. Generalnie pogodę mieliśmy dobrą, pierwszy tydzień wściekłe upały, od razu mnie spaliło i do dziś schodzi mi skóra z pleców. Potem trochę deszczu, nawet zimno (rozpalałam kominek) i znowu upały, przeplatane burzami. Niestety, tuż przed wyjazdem w samochodzie zepsuła mi się klimatyzacja i mimo dwukrotnej naprawy nie chciała działać. Dlatego przemieszczanie się tam oraz wczorajszy powrót do domu był dość uciążliwy dla mnie jako kierowcy. Teraz garść zdjęć.

Las vacaciones de este año pasaba en la Sierra de Świętokrzyskie (Sierra de la Santa Cruz).  La sierra esta ubicado en el centro de Polonia, cerca de la ciudad de Kielce. Consta de varias secciones más pequeñas, la más alta de las cuales es Łysogóry (montañas peladas). Yo vivía en una ladera del pico que se llama Łysica (612 metros). La Sierra de Świętokrzyskie es una de las más antiguas de Europa. A partir de la Alta Edad Media esta sierra albergó minas de (cobre y hierro). Más tarde se explotaron también importantes yacimientos de caliza y arenisca roja. Actualmente la parte central de estos montes forma el Parque Nacional de Świętokrzyski. Vivía justamente en la frontera del parque nacional y en la orilla de la selva abeto. Desde la casita daban de sí las vistas muy hermosas sobre los alrededores y el pueblo Bodzentyn. Abajo algunas fotos de la casita y las vistas desde la casita.

Nasz domek wakacyjny usytuowany był na stoku Łysicy, dlatego trzeba było się do niego ostro wdrapywać, nie mam pojęcia, jak się tam wjeżdża w zimie, ale w lecie (od pewnego momentu) trzeba było jechać na "jedynce".

 Domek znajdował się tuż przy wejściu do Świętokrzyskiego Parku Narodowego i Puszczy Jodłowej.W prawym górnym roku słabo widać (ale poniżej powiększenie) wejście do Parku i Puszczy.

Wejście do Świętokrzyskiego Parku Narodowego i Puszczy Jodłowej znajdowało się dosłownie kilkadziesiąt metrów za domem. Muszę tu dodać, że mieszkaliśmy przy niebieskim szlaku na Św. Katarzynę. Codziennie rano można było obserwować turystów z plecakami, maszerujących w tym kierunku oraz wieczorem wracających ze Św. Katarzyny.

Jeszcze domek z innej perspektywy.

A oto wnętrze domku. Tu pokój Karoliny.

A to mój pokój. Oba pokoje znajdowały się na piętrze.

To pokój mamy, był na parterze.

Przy domu był duży ogród ze stołem biesiadnym, altanką, miejscem na ognisko i huśtawką.

Tu leniwe popołudnie po powrocie z wycieczki do Opatowa. Mama i Andrzej raczą się kawą i innymi napojami. Wieczorem zrobiliśmy tu sobie "bibę" z grillem w tle.

W upał można było schronić się na huśtawce, bo była usytuowana w cieniu. Mama tam czytała gazety.

Z naszego domku rozciągały się wspaniałe widoki na okolicę i przede wszystkim Bodzentyn położony kilkaset metrów w dole. To i poniższe zdjęcia są wykonane teleobiektywem, stąd może być złudzenie bliskości. W rzeczywistości mieszkaliśmy ok. 1,5 km od "centrum" Bodzentyna.

Charakterystyczne budowle Bodzentyna: kościół parafialny z XV wieku (z prawej strony) i ruiny zamku z XIV wieku (z lewej strony). O tych zabytkach napiszę przy okazji relacji ze spacerów po Bodzentynie. Poniżej jeszcze dwa zbliżenia.



A to widok z okien mojego pokoju. Tak wyglądało pod wieczór...

...a tak rano.

Naszymi sąsiadami było stadko kóz. 


A skoro jesteśmy przy zwierzętach, to prezentuję szczeniaka, który się do nas przykleił.

Szczeniak był generalnie wielkości wyrośniętego szczura. Jak biegł na swoich krótkich nóżkach, to ciągnął brzuch po trawie.

Szczeniak miał na imię Tofik, ale Karolina przemianowała go na Haps. Ja zazwyczaj wołałam na niego: Kurdupel albo Pimpek. Jedno jest pewne, pies nie reaguje na żadne imię.;-)

A do tego był nieprawdopodobnie mobilny, wciąż biegał, praktycznie nie zatrzymywał się na moment i gryzł, łapał za nogawki, skakał z otwartą paszczą na łydki i kradł kapcie. Czasami nie dało się zrobić kroku, bo wciąż atakował i wczepiał się w spodnie. Był milutki, ale męczący.

4 komentarze:

Nomad pisze...

Jak to miło poczytać, że już wszyscy po, a ja jeszcze przed. Fajny ten domek, też jadę do takiego drewnianego tyle że w Pieniny i też będę miał pod górkę.

Jerry pisze...

No o tych innych napojach to cos slyszalem od Krysi. Fajnie jest tak gdzies sie zaszyc na jakis czas.

http://abebedorespgondufo.blogs.sapo.pt/ pisze...

Very good.

marko pisze...

Swietne miejsce, urokliwy zakatek i ten drewniany domek prezentuje sie calkiem okazale wewnatrz jak i zewnatrz, w takie miejsca mozna byloby z przyjemnascia zagladac czesciej!