piątek, 20 sierpnia 2010

Ruina, brud, smród i chaos

Powoli wakacje się kończą. Przerywam dzisiaj moje wspomnienia wakacyjne, aby opowiedzieć o teraźniejszości. Jutro wraca Karolina z obozu "anglojęzykowego" z Murzasichle. Wczoraj, prawie po dwóch miesiącach, wrócił do domu Kuba. Pracował w Dziwnowie na plaży. Jak go zobaczyłam na dworcu, to przecierałam oczy, bo nie byłam pewna, czy to on. Wyglądał, jak Krzysztof Baranowski po opłynięciu globu: opalony, a nawet ogorzały od słońca i zarośnięty (czyt. broda), a włosy wypłowiałe. Zanim jednak dojechał, odczekałam godzinę czasu na peronie, bo pociąg był opóźniony. Miałam przy okazję marną przyjemność obejrzenia sobie, chylącego się ku ruinie, katowickiego dworca. Fakt, właśnie rozpoczął się remont tego "peerelowskiego" reliktu wątpliwej urody. Ale odkąd pamiętam, dworzec wyglądał fatalnie, zawsze był "syfiurny" (czyt. brudny i śmierdzący). Wszystko się tu samo rozpada. Gdyby ode mnie to zależało, zrównałabym go z ziemią i wybudowała tu coś bardziej w stylu architektonicznym przedwojennych Katowic, np. katowickiej secesji. Ale prezydent Katowic wybrał projekt "szkoło-metal", czyli stanie tu kolejny modernistyczno-futurystyczny potwór. Za kilkanaście lat wszyscy będą na niego psioczyć jak na DH Skarbek czy DH Zenit (zniszczono piękne przedwojenne kamienice, a w ich miejsce postawiono te koszmarki, z którymi teraz nie wiadomo, co zrobić). Wielki plac autobusowy przed dworcem (pl. Szewczyka) wypełni wielkie, nowoczesne centrum handlowo-usługowe, zasłaniając jednocześnie piękne, odrestaurowane kamienice wokół. Oczywiście estakada zniknie. Centrum będzie przylegało (wrastało) do tego paskudnego budynku dworca, bo zburzyć go nie dają obrońcy zabytków(?!). Ma być oczywiście odświeżony i odrestaurowany wewnątrz. A zatem od września czeka nas totalny paraliż komunikacyjny, już teraz pozamykano drogi dojazdowe do dworca. Zastanawiam się jednak nad czymś innym... co to niby zmieni? Pociągi jeżdżą z takimi opóźnieniami, że normalny człowiek nie jest w stanie w to uwierzyć (szczególnie ten, który dawno nie korzystał z usług PKP). Kuba przyjechał pociągiem, który miał... 3 wagony, a każdy z innego złomowiska. Jak wjechał na peron, to nie mogłam uwierzyć, że ten pociąg przyjechał aż z Poznania. Myślałam, że to jakaś drynda miejscowa, obdrapana. Nie muszę chyba dodawać, że całą drogę stał.

Nie będę komentować tego zdjęcia. Zobaczcie tylko te liczby w pierwszej kolumnie z prawej strony tablicy informacyjnej. To czas opóźnień poszczególnych pociągów. Jestem pewna, że kolej transsyberyjska, która jedzie w poprzek całej Azji, nie może "poszczycić się" takim opóźnieniem.

Nie tłumaczę tego postu na hiszpański, bo ja chcę zachęcać do przyjazdu do Polski, a nie zniechęcać. Po czymś takim, nikt przy zdrowych zmysłach nie zechciałby odwiedzić naszego kraju.

3 komentarze:

Nomad pisze...

Kiedyś byłem na dworcu w Krakowie i mimochodem usłyszałem, że pociąg z Budapesztu jest opóźniony 660 min. Podają w minutach bo to chyba lepiej brzmi niż 11 godzin.

Wojtek pisze...

Myślę, że lepiej brzmiało "opóźniony 660 minut, niż "pociąg wypadł z rozkładu i nie przyjedzie". Jeśli coś jest spóźnione aż tyle z Budapesztu, to komunikat powinien brzmieć: "Pociąg nie przyjedzie, następny jutro".

recoleta pisze...

Niestety, nie zdążyłam zrobić zdjęcia tablicy, na której było jeszcze "lepsze" opóźnienie - 220 min. To jednak nie wszystko, ciągle słyszałam, jak ogłaszali coś w tym stylu: "pociąg, który miał wjechać na peron II, w dniu dzisiejszym wjedzie na peron IV". Ludzie biegali z obłędem w oczach, z walizami, dzieciakami, wózkami, po schodach (bo przecież żadnego podjazdu, ani windy nie ma).