środa, 23 lutego 2011

"Jasminum" - pachnący film

Pozostaję w tematyce filmowej. Wczoraj miałam okazję, dość przypadkowo, obejrzeć nienowy już film „Jasminum” w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego. Jakoś ciągle nie mogłam na niego trafić, choć słyszałam wiele dobrego i bardzo chciałam zobaczyć. Wreszcie udało się. Akcja filmu rozgrywa się w klasztorze zamieszkałym przez garstkę mnichów. Bardzo szybko przekonujemy się, że jest to miejsce magiczne, zamieszkujący je mnisi – również. Każdy z nich ma niezwykłe cechy - pachnie innym, owocowym zapachem: jeden czeremchą, drugi czereśnią, a trzeci śliwą. Wyjątkowa właściwość zakonników przyciąga pod bramy klasztoru kobiety, wierzące, że posiadanie choć odrobiny tych wonności przyniesie im szczęście w miłości. Punktem zwrotnym w tej historii jest przyjazd do klasztoru konserwatorki malarstwa z pięcioletnią córką. Obie wnoszą do klasztoru nowy – inny punkt widzenia. Film ma wiele cech baśni, owiany nimbem tajemniczości, atmosferą niezwykłości, a do tego posługujący się obrazami i dźwiękami, które utrzymują go w konwencji czarodziejskiej, cokolwiek to oznacza. Czasami to, co widzimy nie jest tym, co widzimy, zaś to co jest bardzo zwykłe, tu przybiera formę niezwykłości. Nierzeczywista sceneria, światła witraży, cienie w starych murach, mnisi rozmawiający ze świętymi, postaci wyglądające z restaurowanych obrazów, lewitujące kaczuszki, duchy i ludzie… prości, a przez to piękni. Osobą spajającą świat zewnętrzny i świat klasztoru jest mała dziewczynka, której nic nie dziwi, a magiczne, niezwykłe wydarzenia są czymś naturalnym. Pełniąc rolę narratorki, ukazuje nam świat swoimi oczyma. Bardzo szybko zostajemy wchłonięci przez jej świat i sposób patrzenia, rozumowania i tłumaczenia sobie jego spraw. W świecie małej dziewczynki wszystko jest jasne, proste, wytłumaczalne, bezproblemowe… Robi się nam lekko, choć przepełnia nas melancholia. To jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Doskonała gra aktorska (w rolach głównych m.in.: rewelacyjny Janusz Gajos, Grażyna Błęcka-Kolska, Krzysztof Pieczyński, Adam Ferency, Krzysztof Globisz, Bogusław Linda, Franciszek Pieczka), wspaniałe zdjęcia i niewątpliwie jest to najbardziej pachnący film, jaki widziałam, w szczególności, że uwielbiam zapach jaśminu. Jeśli przyrównać go do klimatu jakichś innych filmów, to przychodzi mi na myśl, np. „Amelia”. Bardzo polecam.


wtorek, 15 lutego 2011

Utopione możliwości, czyli "Sanctum"

Wczoraj, po dość długiej przerwie zawitałam do kina. Nie chodzę często, bo tematyka filmów puszczanych w kinach od wielu lat mi za bardzo nie odpowiada. Inna rzecz, że jestem wymagającym widzem, nie lubię tzw. kina dla kobiet (a cóż to właściwie znaczy?), tzw. kina akcji, które w zasadzie ma na celu tylko i wyłącznie pochwalenie się najnowszym zestawem efektów specjalnych i innych super technik filmowania, a treści zero. Nie lubię też głupawych komedii,  których jedyną treścią są idiotyczne dowcipy o tematyce erotycznej. Lubię kino ambitne, z treścią, o której można porozmyślać długo po wyjściu z sali kinowej; lubię też dobre zdjęcia i muzykę, uważam, że są to istotne elementy spektaklu filmowego. No, ale wreszcie coś się pojawiło w kinie, co mnie zaintrygowało: temat speleologii, ludzi z pasją, egzotyka, przygoda, czyli coś, co w zasadzie mnie bardzo pociąga (no może poza speleologią, bo mam raczej klaustrofobię i wolę otwarte przestrzenie).   


Film jest rzekomo oparty na faktach. Pogrzebałam trochę i wyczytałam, że w 1988 roku  niejaki Andrew Wight wraz z grupą 14 innych speleologów zszedł w dół systemu jaskiń rozciągających się pod Nullarbor Plain w Australii. Tam zastał ich sztorm, który odciął im drogę powrotną, zmuszając do szukania drogi „dołem”. I rzeczywiście, odnaleźli inne wyjście i wszyscy przeżyli. Ten kto oglądał film wie, że hasło „oparty na faktach” jest mocno przesadzone. Lepiej byłoby powiedzieć „zainspirowany faktycznym wydarzeniem”. W filmie  jest grupa speleologów, która eksploruje niezbadany dotąd system jaskiń daleko od cywilizacji (tu rzecz dzieje się w systemie jaskiń Esa-ala w Papui Nowej Gwinei) i przeszkadza im w tym nagły sztorm. I tu podobieństwa się kończą. Nie chodzi zresztą o to. Kino akcji wymaga wprowadzenia właśnie akcji, sytuacji pełnych grozy, dramatycznych zwrotów, bo inaczej nikt by nie przyszedł do kina. Ale spodziewałam się zapierających dech w piersiach widoków, co zresztą sugerowało wprowadzenie techniki 3D. Już kolejny raz jestem głęboko rozczarowana 3D. Wolę dobry film z pięknymi zdjęciami w normalnej technice i przyzwoitej cenie, bo tak, czuję się nieco naciągnięta i mówiąc kolokwialnie - wykiwana. Nikt nie bierze pod uwagę, że na film 3D przychodzą okularnicy, okulary 3D są nieprzystosowane do wkładania na inną parę. Spadały mi co chwila i musiałam siedzieć jak zamurowana. Scen zapierających dech było sztuka jedna – na samym początku, gdy helikopter krąży nad wielką studnią pośród wielkiej dżungli. I tyle. Akcja toczy się w jaskiniach, wąskich korytarzykach lub pod wodą. Nie ma zbyt wielu punktów odniesienia, przez co technika 3D jest często niewidoczna. 

Co do innych fragmentów filmu… no cóż… speleologiem nie jestem, ale parę razy łaziłam po jaskiniach, nawet egzotycznych, bo w Andach, więc wiem, o co chodzi i jak to jest pod ziemią. Czułam tu sporo fałszu, naciągania. Sama parę dni głodowałam uwieszona ściany na wysokości ponad 6000 m n.p.m., ale nie miałam ochoty na zjedzenie kolegi. Nie przemawia do mnie obraz człowieka zżerającego drugiego po dwóch dniach niejedzenia. Osoba która ponoć zdobywała Mount Everest nie potrafiła kompletnie zachować się na linie, a raczej zachowywała się tak, jakby pierwszy raz to robiła. W ogóle ludzie w tym filmie zachowują się irracjonalnie, trup ściele się gęsto, a dialogi są strasznie kiepskie. Do kin przyciąga nazwisko Jamesa Camerona, ale... ludzie nie zwracają uwagi, że jest tu producentem - nie reżyserem. Reasumując, akcja wciąga i są sceny mrożące krew, rzeczywiście człowiek niewtajemniczony w tematykę może czuć się zainteresowany, jest klimat. Uważam, że film nie jest zły, ale nie zwala z nóg.  

I na koniec... czy może mi ktoś wyjaśnić, skąd wziął się tytuł filmu? Bo nigdzie nie znalazłam takiej informacji. Byłabym wdzięczna.

piątek, 11 lutego 2011

Odszedł abp Józef Życiński / Murió arzobispo Józef Życiński

Wczoraj w nocy dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci abp. Józefa Życińskiego, człowieka, które go bardzo lubiłam. Osobiście poznałam go całkiem niedawno, w listopadzie, robiłam mu wtedy zdjęcia... odebrałam go jako bardzo sympatycznego człowieka, cierpliwie znosił moje pstrykania (a muszę zaznaczyć, że w moim przypadku nigdy to nie jest kilka zdjęć, liczba pstryknięć dochodzi do kilkudziesięciu, w ekstremalnych przypadkach nawet kilkuset). Chciałam podzielić się z Wami paroma fotografiami.




niedziela, 6 lutego 2011

Aconcagua 2011 - najnowsze zdjęcia / Las fotos nuevas de Aconcagua 2011

Chłopaki podzielili się, część wyjechała do Buenos Aires, skąd wracają do Polski, a Arek  (vel Antek) oczywiście byłby chory, gdyby nie skorzystał z okazji i gdzieś jeszcze nie wyskoczył. Jak mi doniósł w ostatnim mailu, można go obecnie zlokalizować w Bariloche (Patagonia). Niestety, grupę w Buenos Aires okradziono, stracili sprzęt foto-wideo oraz zdjęcia. Wielka strata. Tymczasem ja wrzucam najnowsze zdjęcia ze zdobywania najwyższego szczytu obu Ameryk, chociaż nie wiem, kto jest autorem poszczególnych fotek (źródło: Richter Expediton - Aconcagua 2011). Mam obiecaną kolejną porcję zdjęć, jak tylko Arek wróci do Mendozy, gdzie ma bazę wypadową. Arek, pamiętaj, dużo zdjęć!:-) I jeszcze raz, wielkie gratulacje, sama z własnego doświadczenia wiem, że ta wbrew pozorom nietrudna technicznie góra, jest bardzo ciężka do zdobycia. Przeraźliwe zimno, potwornie silnie wiejący wiatr, pogoda zmieniająca się czasami w kilkanaście minut i wysokość... Jednak, gdy się patrzy na poniższe zdjęcia, jak można się nią nie zachwycać? Ona jest zawsze tak samo piękna, o każdej potrze dnia inna, ale zawsze urzeka swoją urodą. Dla mnie najładniejsza wydawała się w okolicach godz. 20-tej, gdy zachodzące słońce oświetla ją wpierw na pomarańczowo, a potem na krwisto czerwony kolor. Bez wahania pojechałabym tam raz jeszcze. Wielki szacunek dla wszystkich zdobywców Aconcagui.









Przy okazji zamieszczam relację Arka z ataku szczytowego, zgarniętą również ze strony wyprawy:

Z Bodziem zakładaliśmy wspólnie obóz I w Nido de Condores i pośredni w Canada. Po powrocie Bogdan był bardzo wyczerpany (wieczorem tętno spoczynkowe ponad 200, a saturacja spadała poniżej 50). On zatem musiał zostać w Plaza de Mulas, ja wziąłem chłopaków do Canady, a później do obozu Nido de Condores. Zdając sobie sprawę z upływającego czasu oraz braku dodatkowej osoby do pomocy przy zakładaniu kolejnych obozów, zadecydowałem o ataku w stylu alpejskim bezpośrednio z Nido de Condores. Oczywiście wcześniej przedstawiłem chłopakom propozycje i strategię ataku. Bodzio przyszedł do nas po południu, w dniu ataku. mieliśmy z nim kontakt radiowy. 

Na szczyt ruszyliśmy w kompletnej ciemności, o godzinie 10 pm tuż po godzinnej zamieci śnieżnej. Prowadziłem Łukasza, a Piotr szedł za nami. nad ranem bylismy na 6500. Ostatni fragment góry to kamienny kuluar, częściowo zaśnieżony. tutaj zastanawialiśmy sie nad wycofaniem. byliśmy zmęczeni i wysokość wyłączała nasze umysły (dosłownie!). Zaproponowałem wycofanie i próbę ataku kolejnej nocy z campamento Berlin, ale Łukasz nie dałby rady ponawiać ataku kolejnej nocy. Cisnęliśmy zatem do góry. Nigdy nie czułem się bardziej wyzbyty sił niż tego dnia. Wysokość powodowała, że miałem wrażenie, ze zasnę na stojąco, albo zapadnę w ciemność. Nie wiem, jak dotarliśmy na szczyt. Chłopaki nie były w stanie nic mówić. Ja zrobiłem kilka zdjęć i sfilmowałem ich wejścia (mają kopie).

Powrót to ciągniecie za sobą wyczerpanych uczestników :). Miałem kiedyś taką przygodę w Patagonii, kiedy walczyłem o życie swojego przyjaciela. Tutaj przeżyłem dejavu kiedy Piotr nie potrafił iść i miał halucynacje. Ja wraz ze spadkiem wysokości dochodziłem do siebie (wcześniej nie potrafiłem ustać na prostych nogach). Na szczęście byli z nami poznani w Plaza de Mulas Polacy, którzy pomagali nam. Sprawa zakończyła się szczęśliwie (w zasadzie cały czas była kontrolowana, mimo silnego zmęczenia - taki jest charakter wysokogórsko-ekstremalnych wypraw).

wtorek, 1 lutego 2011

Aconcagua zdobyta / Conquistaron el cerro Aconcagua

Jak donoszą "szpiedzy" (którym bardzo dziękuję), 29 stycznia 2011 r. zespół Richter Expedition Aconcagua 2011 w składzie: Łukasz Żelechowski, Piotr Pogon i Arek Mytko zdobył najwyższy szczyt obu Ameryk - Aconcaguę. Niestety, nie wszystkim się udało, czwarty uczestnik wyprawy - ratownik beskidzkiej grupy GOPR Bogdan Bednarz - z powodu kłopotów zdrowotnych, musiał się wycofać. Wszystkim uczestnikom gratuluję i zazdroszczę pobytu w moich ulubionych górach - Andach.

Mis amigos del equipo Richter Expedition Aconcagua 2011 en la composición: Łukasz Żelechowski, Piotr Pogon i Arek Mytko en 29 de enero 2011 conquistaron el cerro Aconcagua. Desgraciadamente, no todos lo hacieron, cuarto participante de la expedición - Bogdan Bednarz - por causa de los problemas con salud, tenía que volver atrás.

Aconcagua 6962 m n.p.m., widok z Plaza de Mulas (foto: moje)

Aconcagua, widok z samolotu lecącego z Buenos Aires do Santiago de Chile (foto: moje)