niedziela, 6 lutego 2011

Aconcagua 2011 - najnowsze zdjęcia / Las fotos nuevas de Aconcagua 2011

Chłopaki podzielili się, część wyjechała do Buenos Aires, skąd wracają do Polski, a Arek  (vel Antek) oczywiście byłby chory, gdyby nie skorzystał z okazji i gdzieś jeszcze nie wyskoczył. Jak mi doniósł w ostatnim mailu, można go obecnie zlokalizować w Bariloche (Patagonia). Niestety, grupę w Buenos Aires okradziono, stracili sprzęt foto-wideo oraz zdjęcia. Wielka strata. Tymczasem ja wrzucam najnowsze zdjęcia ze zdobywania najwyższego szczytu obu Ameryk, chociaż nie wiem, kto jest autorem poszczególnych fotek (źródło: Richter Expediton - Aconcagua 2011). Mam obiecaną kolejną porcję zdjęć, jak tylko Arek wróci do Mendozy, gdzie ma bazę wypadową. Arek, pamiętaj, dużo zdjęć!:-) I jeszcze raz, wielkie gratulacje, sama z własnego doświadczenia wiem, że ta wbrew pozorom nietrudna technicznie góra, jest bardzo ciężka do zdobycia. Przeraźliwe zimno, potwornie silnie wiejący wiatr, pogoda zmieniająca się czasami w kilkanaście minut i wysokość... Jednak, gdy się patrzy na poniższe zdjęcia, jak można się nią nie zachwycać? Ona jest zawsze tak samo piękna, o każdej potrze dnia inna, ale zawsze urzeka swoją urodą. Dla mnie najładniejsza wydawała się w okolicach godz. 20-tej, gdy zachodzące słońce oświetla ją wpierw na pomarańczowo, a potem na krwisto czerwony kolor. Bez wahania pojechałabym tam raz jeszcze. Wielki szacunek dla wszystkich zdobywców Aconcagui.









Przy okazji zamieszczam relację Arka z ataku szczytowego, zgarniętą również ze strony wyprawy:

Z Bodziem zakładaliśmy wspólnie obóz I w Nido de Condores i pośredni w Canada. Po powrocie Bogdan był bardzo wyczerpany (wieczorem tętno spoczynkowe ponad 200, a saturacja spadała poniżej 50). On zatem musiał zostać w Plaza de Mulas, ja wziąłem chłopaków do Canady, a później do obozu Nido de Condores. Zdając sobie sprawę z upływającego czasu oraz braku dodatkowej osoby do pomocy przy zakładaniu kolejnych obozów, zadecydowałem o ataku w stylu alpejskim bezpośrednio z Nido de Condores. Oczywiście wcześniej przedstawiłem chłopakom propozycje i strategię ataku. Bodzio przyszedł do nas po południu, w dniu ataku. mieliśmy z nim kontakt radiowy. 

Na szczyt ruszyliśmy w kompletnej ciemności, o godzinie 10 pm tuż po godzinnej zamieci śnieżnej. Prowadziłem Łukasza, a Piotr szedł za nami. nad ranem bylismy na 6500. Ostatni fragment góry to kamienny kuluar, częściowo zaśnieżony. tutaj zastanawialiśmy sie nad wycofaniem. byliśmy zmęczeni i wysokość wyłączała nasze umysły (dosłownie!). Zaproponowałem wycofanie i próbę ataku kolejnej nocy z campamento Berlin, ale Łukasz nie dałby rady ponawiać ataku kolejnej nocy. Cisnęliśmy zatem do góry. Nigdy nie czułem się bardziej wyzbyty sił niż tego dnia. Wysokość powodowała, że miałem wrażenie, ze zasnę na stojąco, albo zapadnę w ciemność. Nie wiem, jak dotarliśmy na szczyt. Chłopaki nie były w stanie nic mówić. Ja zrobiłem kilka zdjęć i sfilmowałem ich wejścia (mają kopie).

Powrót to ciągniecie za sobą wyczerpanych uczestników :). Miałem kiedyś taką przygodę w Patagonii, kiedy walczyłem o życie swojego przyjaciela. Tutaj przeżyłem dejavu kiedy Piotr nie potrafił iść i miał halucynacje. Ja wraz ze spadkiem wysokości dochodziłem do siebie (wcześniej nie potrafiłem ustać na prostych nogach). Na szczęście byli z nami poznani w Plaza de Mulas Polacy, którzy pomagali nam. Sprawa zakończyła się szczęśliwie (w zasadzie cały czas była kontrolowana, mimo silnego zmęczenia - taki jest charakter wysokogórsko-ekstremalnych wypraw).

2 komentarze:

america latina pisze...

ja jestem autorem tych zdjec :)
dziekuje w imieniu zespolu za mile slowa!

recoleta pisze...

Piękne!