wtorek, 15 lutego 2011

Utopione możliwości, czyli "Sanctum"

Wczoraj, po dość długiej przerwie zawitałam do kina. Nie chodzę często, bo tematyka filmów puszczanych w kinach od wielu lat mi za bardzo nie odpowiada. Inna rzecz, że jestem wymagającym widzem, nie lubię tzw. kina dla kobiet (a cóż to właściwie znaczy?), tzw. kina akcji, które w zasadzie ma na celu tylko i wyłącznie pochwalenie się najnowszym zestawem efektów specjalnych i innych super technik filmowania, a treści zero. Nie lubię też głupawych komedii,  których jedyną treścią są idiotyczne dowcipy o tematyce erotycznej. Lubię kino ambitne, z treścią, o której można porozmyślać długo po wyjściu z sali kinowej; lubię też dobre zdjęcia i muzykę, uważam, że są to istotne elementy spektaklu filmowego. No, ale wreszcie coś się pojawiło w kinie, co mnie zaintrygowało: temat speleologii, ludzi z pasją, egzotyka, przygoda, czyli coś, co w zasadzie mnie bardzo pociąga (no może poza speleologią, bo mam raczej klaustrofobię i wolę otwarte przestrzenie).   


Film jest rzekomo oparty na faktach. Pogrzebałam trochę i wyczytałam, że w 1988 roku  niejaki Andrew Wight wraz z grupą 14 innych speleologów zszedł w dół systemu jaskiń rozciągających się pod Nullarbor Plain w Australii. Tam zastał ich sztorm, który odciął im drogę powrotną, zmuszając do szukania drogi „dołem”. I rzeczywiście, odnaleźli inne wyjście i wszyscy przeżyli. Ten kto oglądał film wie, że hasło „oparty na faktach” jest mocno przesadzone. Lepiej byłoby powiedzieć „zainspirowany faktycznym wydarzeniem”. W filmie  jest grupa speleologów, która eksploruje niezbadany dotąd system jaskiń daleko od cywilizacji (tu rzecz dzieje się w systemie jaskiń Esa-ala w Papui Nowej Gwinei) i przeszkadza im w tym nagły sztorm. I tu podobieństwa się kończą. Nie chodzi zresztą o to. Kino akcji wymaga wprowadzenia właśnie akcji, sytuacji pełnych grozy, dramatycznych zwrotów, bo inaczej nikt by nie przyszedł do kina. Ale spodziewałam się zapierających dech w piersiach widoków, co zresztą sugerowało wprowadzenie techniki 3D. Już kolejny raz jestem głęboko rozczarowana 3D. Wolę dobry film z pięknymi zdjęciami w normalnej technice i przyzwoitej cenie, bo tak, czuję się nieco naciągnięta i mówiąc kolokwialnie - wykiwana. Nikt nie bierze pod uwagę, że na film 3D przychodzą okularnicy, okulary 3D są nieprzystosowane do wkładania na inną parę. Spadały mi co chwila i musiałam siedzieć jak zamurowana. Scen zapierających dech było sztuka jedna – na samym początku, gdy helikopter krąży nad wielką studnią pośród wielkiej dżungli. I tyle. Akcja toczy się w jaskiniach, wąskich korytarzykach lub pod wodą. Nie ma zbyt wielu punktów odniesienia, przez co technika 3D jest często niewidoczna. 

Co do innych fragmentów filmu… no cóż… speleologiem nie jestem, ale parę razy łaziłam po jaskiniach, nawet egzotycznych, bo w Andach, więc wiem, o co chodzi i jak to jest pod ziemią. Czułam tu sporo fałszu, naciągania. Sama parę dni głodowałam uwieszona ściany na wysokości ponad 6000 m n.p.m., ale nie miałam ochoty na zjedzenie kolegi. Nie przemawia do mnie obraz człowieka zżerającego drugiego po dwóch dniach niejedzenia. Osoba która ponoć zdobywała Mount Everest nie potrafiła kompletnie zachować się na linie, a raczej zachowywała się tak, jakby pierwszy raz to robiła. W ogóle ludzie w tym filmie zachowują się irracjonalnie, trup ściele się gęsto, a dialogi są strasznie kiepskie. Do kin przyciąga nazwisko Jamesa Camerona, ale... ludzie nie zwracają uwagi, że jest tu producentem - nie reżyserem. Reasumując, akcja wciąga i są sceny mrożące krew, rzeczywiście człowiek niewtajemniczony w tematykę może czuć się zainteresowany, jest klimat. Uważam, że film nie jest zły, ale nie zwala z nóg.  

I na koniec... czy może mi ktoś wyjaśnić, skąd wziął się tytuł filmu? Bo nigdzie nie znalazłam takiej informacji. Byłabym wdzięczna.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Mi słowo sanctum skojarzyło się z sanctuarium jakim dla ojca Josha były te jaskinie - powiedział w filmie że są dla niego niczym religia... może w tym jest sens?
Mi osobiście film się podobał, zdziwił mnie fakt ze w rzeczywistości wszyscy uczestnicy przezyli a tu jak to nazwałaś, trup sie ściele gęsto. Przerażona byłam wymyślnymi scenami śmierci uczestników wyprawy - pierwszy raz w filmie widziałam dokładnie pokazane "wdychanie wody", czy włosy ze skórą wciągnięte w maszynkę ;/ W całym filmie jednak uwydatnione było przekonanie "szefa" wyprawy w to iż każdy kto zginął, zginął dlatego że samo sobie jest winien - no cóż...

recoleta pisze...

Czyli tak naprawdę nie wiadomo, z jakiego powodu, reżyser wybrał taki tytuł? Wszystko pozostaje w zakresie naszych domysłów...

Anonimowy pisze...

w Quintana Roo w meksyku znajduje się najdłuższy podwodny system jaskiń o nazwie Sac Actun. Może dlatego film zatytułowany jest Sanctum.

Anonimowy pisze...

Do mnie przemawia ten film w całej rozciągłości. Nic tu dla mnie nie jest naciągniete.
Widocznie tych ludzi pewne sytuacje przerosły i ukazane jest to w filmie. Była tam kobitka, która się utopiła bo była przemęczona i olała plan nurkowania, była kobitka alpinistka, która nie była nigdy w jaskini i zachowywała się jak rozwydrzona blablabla...oraz ambitny milioner, któremu na oczach do pralki wpadła ukochana a potem ujrzał ją po skończonym praniu i jak tu nie zgupieć. Może szanowna blogowiczka by była opanowana, bo jest super twardzielką oczywiście, ale to towarzystwo takie nie było. Reszta kolesiów w jaskini była w porządku: synek, dekompresor, przytrzymywacz kamienia i oczywiście szefu debesciak.
Dla mnie film świetny, 2 razy ogladałem.

Film dobry zawsze pozostawia jakieś domysły i możliwoś róznych wątków końcowych, to a propo nazwy Sanctum Recoleto!

Anonimowy pisze...

A przepraszam, kto tak kogo zjadał w tym filmie, bo nie zauważyłem?

Anonimowy pisze...

A może dla głównego bohatera,podziemny świat był niczym sanktuarium?

Anonimowy pisze...

na początku filmu jest informacja "inspired by true story" wiec to tylko znow polskie tlumaczenie jest do bani