poniedziałek, 28 marca 2011

Krytyka młodzieżowego rozumu

Od kilku miesięcy przez Polskę przetaczają się imprezy rocznicowe związane z 30-leciem Niezależnego Związku Studentów. Ponieważ w wielu z nich brałam udział, nasłuchałam się wielu historii, wspomnień, narzekań, zarzutów pod różnymi adresami itp. Wszystko to zbiegło się z narastającym ostatnio we mnie, jak jakaś pęczniejąca gula w gardle, poczuciem, że dzieje się coś nie tak. Mam tu na myśli młodych, ale nie chodzi mi tylko o dwudziestolatków, ale również trzydziestolatków, czyli osoby urodzone/wychowane w tzw. wolnej Polsce, niepamiętające wydarzeń dziejących się do końca lat 80. ubiegłego wieku (bo trudno, aby ktoś urodzony w 1981 roku pamiętał i odczuwał atmosferę czy grozę tamtych lat). Poczucie nihilizmu, absolutnego tumiwisizmu i obojętności na świat, sytuację Polski, ludzi itd. wypełniające mózgi szeregów manekinów wypranych z ludzkich uczuć (w tym przede wszystkim empatii) kroczą z dumnie wypiętymi piersiami. Z każdym dniem, coraz mocniej odczuwam, że nowe pokolenie, jest puste, nie ma żadnych wartości, a hasła „Bóg, honor, Ojczyzna” są nic nieznaczącymi słowami, których definicję wprawdzie można zaczerpnąć z Wikipedii, ale dokładnie nie wiadomo, o co chodzi. W młodym pokoleniu nieznane jest także zjawisko, które charakteryzowało zastępy młodych w poprzednich pokoleniach – buntu młodzieńczego. Młodzież (jeszcze raz powtarzam: „do trzydziestki”) nie zna takiego pojęcia, nie rozumie, po co i dlaczego młodzi mieliby się buntować. Mało tego, grupą, która czuje ten dyskomfort i zaczyna się buntować, to rodzice tych młodych, czyli coś kompletnie powywracało się w świecie. Jak na czasie brzmi na nowo odczytany traktat o manekinach, który niedawno zobaczyłam w wykonaniu Teatru Wierszalin. Ja odczuwam to tak: młodzi wyzuci z indywidualizmu, ubrani w szaty samozadowolenia i pędu ku karierze, zalewają świat swoim duszącym poglądem, że stare należy niszczyć, bo jest stare, że nie istnieje coś takiego jak autorytet, a wyrażanie własnym poglądów, to wybór pomiędzy a, b, c lub d (no bo czy tak nie jest na maturze z języka polskiego?). Co będzie, jak młodzi staną się starymi i zauważą, że ich życie jest puste, jak bęben? Że kariera, którą robili "po trupach", niszcząc innych, nic im nie dała w zamian? Że żyjąc bez drugiego człowieka i autentycznego współczucia samemu nie można oczekiwać niczego więcej?

Przeczytałam niedawno w „Tygodniku Powszechnym” [nr 12, 20 marca 2011, s. 14-15] świetny artykuł pt. „Godne, bo wygodne. Krytyka młodzieżowego rozumu” autorstwa Jana Hartmana. Autor ubrał w słowa te uczucia, które kłębiły się we mnie od dawna, a nie umiałam jakoś ich zwerbalizować. Zacytuję tu parę fragmentów: 

Młodzi torturują siebie i nas trywialnym nihilizmem, wypranym z jakiejkolwiek idei moralnej i pozbawionym krzty krytycyzmu. Trudno nawet dopatrzyć się w tym obłudy czy zepsucia – bezmyślność jest wszak niewinna. W niepokalanym samozadowoleniu młodzi deklamują bałamutne brednie, wtłoczone im do głów przez jakiś obłędny wychowawczy i medialny kartel.

Ów „świat młodych” jest prosty i taki też im się wydaje. Młodzieży jest zresztą obojętne, jaki jest naprawdę ten świat, czyli jaka jest, jak to się dziś dość prostacko nazywa, „otaczająca rzeczywistość”. Nie, nie można powiedzieć, że „nie wierzą w prawdę”. Nigdy bowiem nie myśleli na serio, że jest jakaś prawda, którą warto by poznać. Tym samym nie mieli sposobności przeżyć zawodu, że „nie ma jednej prawdy”. Żaden tam bolesny sceptycyzm, żaden cynizm. Nawet nie relatywizm.

Gdy ich spytać, czemu służy nauka, nie przychodzi im na myśl, że może służyć „poznawaniu prawdy”. Samo słowo „prawda” kojarzy im się z religią, a religia z czymś mglistym i nudnym. Z religią kojarzy się również „etyka”. Etyka to dekalog, a dekalog to „nie zabijaj” i „nie kradnij”. Poza tym jeszcze etyka mówi, że zła jest aborcja i eutanazja. Tak naprawdę jednak to każdy ma własną etykę i „nikt nie ma prawa oceniać etyki innych ludzi”. A słowo „moralność”? To z pewnością coś z seksem, ale dzisiaj są „inne czasy”, to znaczy „pewne rzeczy, które dawniej były niedozwolone, dzisiaj po prostu wszyscy robią”.

Oczywiście, są pewne zasady. Bo jak nie będę ich przestrzegać, kiedyś to się na mnie odbije. Dlatego trzeba ich przestrzegać. Trzeba też pomagać innym ludziom, bo jak nie, to i nam też nikt nie pomoże. Nie, nie należy być egoistą. Egoista myśli tylko o sobie, a przecież trzeba myśleć także o innych, jeśli inni mają się z nami liczyć. Bo w ogóle musi być równość. Każdy jest takim samym człowiekiem i każdy ma prawo do szacunku i nikt nie może mówić, że ktoś „coś zrobił nie tak” albo że „jest gorszy”. Każdy ma taką samą godność i nie wolno nikogo krytykować. Bo jakie ktoś ma prawo, żeby oceniać innych ludzi? No, a jak ktoś już zrobi coś bardzo, bardzo złego, to jest policja, są sądy. A jak kolega coś mi złego zrobi, to mogę przestać się z nim kolegować. Ale tak naprawdę tylko Bóg może ludzi sądzić, a nie człowiek.

Nie będę Was zamęczać cały artykułem, przeczytajcie kiedy będziecie mieli ochotę  i zastanówcie się, czy nie macie podobnych odczuć. Artykuł  jest w internecie na stronie: „Godne, bo wygodne”. A ja Was zostawiam ze zdjęciami z ostatniego spotkania rocznicowego członków NZS (z 25 marca 2011 r.), podczas którego wystąpił Jan Pietrzak. Muszę przyznać, że przez krótki moment poczułam się normalnie, a koło mnie byli normalni ludzie, dla których zło jest złem, a dobro dobrem. Po prostu.





1 komentarz:

marko pisze...

Myślę że obrany temat cechuje wszystkie pokolenia, niekończący się konflikt wpisany w ludzką naturę, każdy walczy tutaj o swoje, staliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym, konfrontacji, rywalizacji w obliczu wolnego rynku, pytanie czy jest jeszcze miejsce na sentymenty, tak to świadomość, że jesteśmy tylko ludźmi z bagażem uczuć radości, współczucia, pomocy bo jeśli nie to lepiej nie myśleć co wtedy!!!