środa, 23 marca 2011

Poznasz przystojnego bruneta - czyli powrót mistrza!

Wreszcie! Po nieudanym filmie „Vicky, Cristina, Barcelona” z duszą na ramieniu szłam do kina na najnowszą produkcję Woody’ego Allena zatytułowaną „Poznasz przystojnego bruneta”. Zanim przejdę do szczegółów – film bardzo mi się podobał, od samego początku wiedziałam, że Woody Allen wycofał się z eksperymentów na żywym ciele kina i wrócił do swojego stylu. Kto kocha Woody’ego Allena, nie zawiedzie się, kto go nie znosi, niech nie idzie do kina. Film jest po prostu doskonały – i śmieszny, i tragiczny, bo problemy, które spotykają głównych uczestników tego „teatru”, jakim jest życie, są czasami bardzo poważne. Zresztą nie bez przyczyny używam tu nawiązania do teatru, bowiem film rozpoczyna się od cytatu z dramatu Szekspira „Makbet”: „Życie jest opowieścią idioty, pełne wrzasku i krzyku, lecz nic nie znaczącą”. I rzeczywiście, ludzie potrafią sobie skomplikować życie do granic możliwości, a do tego żyją złudzeniami – co narrator kilkakrotnie podkreśla. O co chodzi w tym filmie? O życie, o ludzi, o to że nie potrafią powiedzieć, o co im właściwie chodzi w życiu, a może dlatego, że nie wiedzą…? Bardzo symboliczną sceną w filmie jest taki moment, gdy mężczyzna (żonaty) podgląda swoją urodziwą sąsiadkę przez okno usytuowane naprzeciwko jego okien. Po jakimś czasie rozwodzi się i przeprowadza się do niej, a stamtąd widzi swoją żonę, zresztą też urodziwą. Dla mnie to odpowiedź na pytanie, czy warto rozbebeszać całe swoje życie w poszukiwaniu złudzeń? Według Woody’ego Allena – nie, dla mnie niekoniecznie, bo trzeba by się pokusić o odpowiedź na inne pytanie: jaka jest definicja słowa „złudzenia”? Czy dążenie do zaspokojenia swoich marzeń jest złudzeniem? Jeżeli ktoś jest nieszczęśliwy w małżeństwie, dusi się i miota, szuka jakiegoś rozwiązania, bo po prostu chce być szczęśliwy, to można mu tego odmówić? A jeżeli podejmie złą decyzję? No właśnie. Życie jest nieprzewidywalne, choć w filmie wiele decyzji podjętych przez uczestników tego „teatru” jest błędnych i po prostu głupich, a ich konsekwencje można było łatwo przewidzieć. Mało tego, czasami trudno jest wrócić do poprzedniego stanu, ba! jest to niemożliwe, bo życie toczy się dalej i wprowadza kolejnych aktorów na scenę, a ci wnoszą swoje zawiłości i problemy. Inna kwestia poruszona w filmie, kłamstwo zawsze ma krótkie nogi, choć bycie szczerym do bólu również może spowodować nieprzewidywalne konsekwencje, np. rozstanie. Co zatem wybrać? Woody Allen pokazuje, że prawdę. Na koniec chciałam jeszcze powiedzieć, o świetnej, drugoplanowej roli Antonio Banderasa, zblazowanego właściciela galerii i Anthony’ego Hopkinsa, starzejącego się pana, który nie potrafi pogodzić się z upływającym czasem, a w konsekwencji tego, wplątuje się w gigantyczne kłopoty. Jak nazwać ten film? Komedią? Może tragikomedią? Jest humor, są poważne tematy, świetna gra aktorska, klimat typowo „woodyallenowski” i piękna muzyka. Gorąco polecam.

3 komentarze:

Nomad pisze...

Bardzo zachęcająca ta "recenzja" Pewnie bym poszedł, ale ja już byłem. I tak jak napisałem, tego reżysera trzeba lubić. Ja niestety nie polubiłem. Bardzo przeszkadza mi stereotypowość i przewidywalność postaci. Co do tej sceny podglądania, ja ją odebrałem zupełnie inaczej. To zasłonięcie na koniec okna, nie było dla mnie wyrażeniem tęsknoty, a raczej zamknięciem jakiegoś rozdziału. W stylu: "no i dobrze..." Ale to myślę jest na plus filmowi, taka niejednoznaczność interpretacji. Każdy wynosi coś swojego z filmu i interpretuje pod siebie. Myślę tu o innym zdaniu: Twoim - kobiety i moim - mężczyzny co do tej sceny.

recoleta pisze...

Nie, to kwestia oceny kogoś kto lubi Woody'ego Allena i kogoś, kto go nie lubi. Mam kliku znajomych - mężczyzn - którym ten film też się bardzo podoba i mamy podobne odczucia po jego obejrzeniu. Poczucie humoru Woody'ego Allena, jego spojrzenie na świat, na ludzi, na ich problemy zawsze było specyficzne. Albo ktoś nadaje na tych samych falach i wtedy "łyka" jego kolejne filmy, albo nie. Chociaż, tak jak napisałam, nie wszystkie jego filmy mnie powalają. "Vicky, Crisitina, Barcelona" to była kompletna pomyłka - kicha.

marko pisze...

Po takiej recenzji trudno by sobie odmowic, zresztą lubie filmy Woode Allena, komentarz na temat wyboru prawdy, jest bliźniaczo podobny do określenie bycia sprawiedliwym.