piątek, 30 grudnia 2011

Życie na podsłuchu

Tak się składa, że ciągle oglądam filmy z opóźnieniem. Związane to jest przede wszystkim z tym, że nie mam czasu na chodzenie do kina i robię to bardzo rzadko. W domu głównie siedzę przed komputerem i piszę, więc mam też problem ze znalezieniem czasu na pełnometrażowy film, tym bardziej że lubię mieć odpowiedni nastrój. A nie łatwo jest znaleźć nastrój na film o czasach komuny. Jednak bombardowanie słodkością, które przed świętami i w czasie świąt odbywało się na ekranach telewizorów, tak mnie zemdliło, że w końcu włączyłam sobie, nagrany już bardzo dawno temu, niemiecki film Życie na podsłuchu.


Film wielce utytułowany, mnóstwo nagród. Spodziewałam się więc, że to nie będzie jakiś knot. Bałam się tylko, czy aby - zgodnie z moimi poglądami - odda charakter czasów komuny. Oddał. Byłam mile zaskoczona, że nic mnie w nim nie zirytowało. Pokrótce, akcja filmu toczy się w NRD. Główni bohaterowi to: artysta i jego żona/narzeczona (trudno powiedzieć), oficerowie Stazi i minister spraw wewnętrznych (czy jakoś tak). Film pokazuje rzeczywistość komunistycznych Niemiec, mentalność ludzi, którzy pracowali dla tego systemu i tych, którzy zostali w ten chory system wciągnięci siłą. Nie ma wygranych, nie ma bohaterów - to są tylko ludzie, ze wszystkimi swoimi wadami, naiwnym myśleniem, a czasami bezwzględnością graniczącą z chorobą psychiczną. Reżyser ukazuje mechanizmy działania tego systemu, ale też daje do zrozumienia, że w takim systemie trudno uciec przed koniecznością wyboru. Jednak nie zawsze okazuje się, że wiemy czym jest dobro, a czym jest zło, czym jest wina, a czym poczucie winy.  Dziś z perspektywy czasu tak łatwo nam powiedzieć, to było złe, a to dobre. Ale wtedy? A co każdy z nas zrobiłby, gdyby znalazł się w takiej sytuacji? Tego nie wiemy i dobrze. Nie chcemy wiedzieć. Ale to nie zmienia faktu, że "zło nigdy nie zasypia". Czeka sobie, łypiąc co jakiś czas okiem i w odpowiedniej chwili budzi się. Bo zło nie mieszka w czasach, ono mieszka w ludziach. Dlatego tak bardzo nie chciałabym, aby te czasy kiedykolwiek wróciły. Bardzo istotnym momentem jest puenta. Wydawałoby się, że sprzedajność, zdrada, niszczenie ludzi mogą się komuś opłacić, a ten kto jest uczciwy i sprawiedliwy i tak nic z tego nie ma. Owszem ma. Pozostaje dobrym, przyzwoitym człowiekiem. Nie ma takich czasów, żeby nie warto było być przyzwoitym człowiekiem, nawet za cenę własnego życia, nawet jeśli nikt o tym nie wie, nawet jeśli nikt nie podziękuje. I dlatego ten system upadł, bo mimo wszystko więcej było ludzi przyzwoitych, których nie dało się zastraszyć, przekupić, zniszczyć. 

Film doskonały, godny polecenia, szczególnie młodym ludziom, którzy nie znają tego systemu.

2 komentarze:

Milosnik-milosci pisze...

Świetnie, że natrafiłem na Twój blog!
Po pierwsze "Życie na podsłuchu" to świetny film, poleciłbym każdemu.

Po drugie jednym z moich marzeń jest podróż do ... Argentyny. Jak tam jest? Mając w głowie obraz tego kraju jako raju z piłką i tangiem w tle mylę się mocno?
pozdrawiam :)

recoleta pisze...

I tak, i nie. Nie można zaprzeczyć, że Argentyna to tango i piłka nożna. Ale przecież nie tylko. Tango to Buenos Aires. A Argentyna jest znacznie większa i oferuje znacznie więcej: to krajobrazy - od pustyń i dżungli po lodowce i wysokie góry - to też różne kultury - inne na północy, inne na południu. To różne nieznane w Europie gatunki muzyki, folklor, literatura, zwyczaje, kuchnia. Słowem, niezwykłe bogactwo i duża różnorodność.