czwartek, 26 stycznia 2012

Stop ACTA, czyli...

...jak to mój syn robi rewolucję.;-) Kuba wraz ze swoim stowarzyszeniem zorganizował w Sosnowcu manifestację przeciw ACTA. Ten wrzeszczący do megafonu na filmie, to właśnie Kuba.

Foto: twojakultura.pl

piątek, 13 stycznia 2012

Zamieć / Ventisca

Można powiedzieć "lepiej późno, niż wcale", czyli pierwsza śnieżyca w tym roku... i w sumie w ogóle tej zimy. To nie są zdjęcia czarno-białe, tak się nagle zrobiło ciemno, buro i burzowo.



czwartek, 12 stycznia 2012

Gmach Sejmu Śląskiego

W tym budynku bywam dosyć często. Pomyślałam więc, że warto podzielić się fotografiami, bo to bardzo ciekawy obiekt pod względem architektonicznym, ale nie tylko. Gmach Sejmu Śląskiego został zbudowany w latach 1925−1929. W czasie II wojny światowej był siedzibą naczelnika okręgu, w skład którego wchodził Górny Śląsk i zachodnia Małopolska, z Katowicami jako stolicą. Obecnie w budynku Sejmu Śląskiego mieści się Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, Śląski Urząd Wojewódzki oraz kilka innych urzędów np. Śląskie Kuratorium Oświaty. 18 sierpnia 1978 roku gmach został wpisany do rejestru zabytków. 

Zdjęcie robiłam kilka dni temu.  Pogoda, jak widać, była dość ponura. W prawym, dolnym rogu pomnik Wojciech Korfantego











Sala Sejmowa liczy 80 miejsc dla posłów i prezydium Sejmu, 30 miejsc dla przedstawicieli Urzędu, 30 miejsc dla prasy oraz miejsca dla publiczności obliczone na 120 osób. Nad miejscami góruje trybuna marszałkowska z bogato zdobionymi fotelami marszałka i wicemarszałków. Sala Sejmowa posłużyła jako wzorzec dla budowanej w podobnym czasie siedziby Sejmu Rzeczypospolitej.


Sufit Sali Sejmu Śląskiego


środa, 4 stycznia 2012

Melancholia – w sensie dosłownym i w przenośni

Po sylwestrze nie miałam nawet lekkiego kacyka, jako że stary rok żegnałam herbatą z sokiem malinowym, opatulona w koc, oglądając Vabank i Vabank II. Tradycyjnie, bojkotuję czczenie upływającego czasu. Za to miałam święty spokój, bo jedno dziecko wywiało do Krynicy, a drugie do koleżanki. Poranek w Nowy Rok też miałam „lajtowy”. Obudziłam się wedle 11-tej. Obejrzałam koncert noworoczny z Wiednia i zabrałam się za robienie barszczu czerwonego na specjalny obiad noworoczny. Potem dzieci zaczęły spływać do chaty, więc znowu zrobiło się gwarnie. Bardzo podobnie miała się rzecz z moimi wczorajszymi urodzinami, które uczciłam górą spaghetti (tak się nażarłam makaronu, że potem leżałam na kanapie jak boa i trawiłam do późnego wieczora, a na koniec popchałam toffifee i ptasim mleczkiem, które znalazły się w zestawie prezentów urodzinowych).

Inną formą uczczenia urodzin miało być obejrzenie kolejnej z wielu moich zaległości filmowych, a mianowicie Melancholii w reż. Larsa von Triera. Nastroiłam się odpowiednio, bo uważam tego reżysera za dość „porąbanego”, co współgra z moim „porąbanym” charakterem i „porąbanym” stosunkiem do życia. Film rzeczywiście okazał się totalnie „porąbany”, absolutnie aż nadto. Cóż mogę powiedzieć? Po pierwsze, w zasadzie nie wiem, o czym był. Ponad 2 godziny jakiejś mroczno-depresyjnej, miejscami nudnawej, „gumy do żucia”. Film prezentuje, chyba wedle zamierzeń reżysera, dwie postawy – dwóch sióstr – wobec końca świata. Według Larsa von Triera, to miał być film o pięknym końcu świata, ale ja nie znalazłam w nim zbyt dużo piękna. Owszem, złowroga planeta, zbliżająca się do Ziemi (o symbolicznej nazwie Melancholia), mająca ją oczywiście zniszczyć, jest piękna, niebieska, ale to wszystko. Cała reszta jest dla mnie bełkotem, ludzie zachowują się co najmniej dziwnie. Fakt rychłego końca świata wyzwala w nich irracjonalne zachowania, dla mnie nie do przyjęcia, bo dziwność jeszcze bym zrozumiała. Czasami z ust bohaterów pada słowo "strach", wyczuwa się ich samotność i bezradność. To, co ja odczytałam z filmu – który według mnie nie ma żadnego przesłania, albo jest ono trudne do odczytania – to że w zasadzie koniec świata nastąpił znacznie wcześniej, niż dokonała tego niszczycielska planeta. Sam akt destrukcji/zderzenia, to tylko „gwóźdź do trumny”. Duże wątpliwości budzi też we mnie zachowanie Ziemi pod wpływem zbliżającej się drugiej, dość masywnej planety. Mam nieodparte wrażenie, że fizycy/astrofizycy mieliby duży dyskomfort przy oglądaniu tego filmu. Wiem, to nie był film popularno-naukowy, ale takie rzeczy irytują. Zresztą wiele rzeczy irytowało mnie w tym filmie: ten pseudopoetycki nastrój, który przytłaczał i jednocześnie nużył, sztuczność oraz dziwaczny, nachalny symbolizm. Mocną stroną filmu była jedynie muzyka. To nie jest film katastroficzny, nie jest też typowym sci-fiction, pewnie miał być psychologiczny. Mało słów, dużo obrazów. Po zakończeniu filmu miałam w głowie pustkę… może reżyserowi właśnie o to chodziło?