środa, 4 stycznia 2012

Melancholia – w sensie dosłownym i w przenośni

Po sylwestrze nie miałam nawet lekkiego kacyka, jako że stary rok żegnałam herbatą z sokiem malinowym, opatulona w koc, oglądając Vabank i Vabank II. Tradycyjnie, bojkotuję czczenie upływającego czasu. Za to miałam święty spokój, bo jedno dziecko wywiało do Krynicy, a drugie do koleżanki. Poranek w Nowy Rok też miałam „lajtowy”. Obudziłam się wedle 11-tej. Obejrzałam koncert noworoczny z Wiednia i zabrałam się za robienie barszczu czerwonego na specjalny obiad noworoczny. Potem dzieci zaczęły spływać do chaty, więc znowu zrobiło się gwarnie. Bardzo podobnie miała się rzecz z moimi wczorajszymi urodzinami, które uczciłam górą spaghetti (tak się nażarłam makaronu, że potem leżałam na kanapie jak boa i trawiłam do późnego wieczora, a na koniec popchałam toffifee i ptasim mleczkiem, które znalazły się w zestawie prezentów urodzinowych).

Inną formą uczczenia urodzin miało być obejrzenie kolejnej z wielu moich zaległości filmowych, a mianowicie Melancholii w reż. Larsa von Triera. Nastroiłam się odpowiednio, bo uważam tego reżysera za dość „porąbanego”, co współgra z moim „porąbanym” charakterem i „porąbanym” stosunkiem do życia. Film rzeczywiście okazał się totalnie „porąbany”, absolutnie aż nadto. Cóż mogę powiedzieć? Po pierwsze, w zasadzie nie wiem, o czym był. Ponad 2 godziny jakiejś mroczno-depresyjnej, miejscami nudnawej, „gumy do żucia”. Film prezentuje, chyba wedle zamierzeń reżysera, dwie postawy – dwóch sióstr – wobec końca świata. Według Larsa von Triera, to miał być film o pięknym końcu świata, ale ja nie znalazłam w nim zbyt dużo piękna. Owszem, złowroga planeta, zbliżająca się do Ziemi (o symbolicznej nazwie Melancholia), mająca ją oczywiście zniszczyć, jest piękna, niebieska, ale to wszystko. Cała reszta jest dla mnie bełkotem, ludzie zachowują się co najmniej dziwnie. Fakt rychłego końca świata wyzwala w nich irracjonalne zachowania, dla mnie nie do przyjęcia, bo dziwność jeszcze bym zrozumiała. Czasami z ust bohaterów pada słowo "strach", wyczuwa się ich samotność i bezradność. To, co ja odczytałam z filmu – który według mnie nie ma żadnego przesłania, albo jest ono trudne do odczytania – to że w zasadzie koniec świata nastąpił znacznie wcześniej, niż dokonała tego niszczycielska planeta. Sam akt destrukcji/zderzenia, to tylko „gwóźdź do trumny”. Duże wątpliwości budzi też we mnie zachowanie Ziemi pod wpływem zbliżającej się drugiej, dość masywnej planety. Mam nieodparte wrażenie, że fizycy/astrofizycy mieliby duży dyskomfort przy oglądaniu tego filmu. Wiem, to nie był film popularno-naukowy, ale takie rzeczy irytują. Zresztą wiele rzeczy irytowało mnie w tym filmie: ten pseudopoetycki nastrój, który przytłaczał i jednocześnie nużył, sztuczność oraz dziwaczny, nachalny symbolizm. Mocną stroną filmu była jedynie muzyka. To nie jest film katastroficzny, nie jest też typowym sci-fiction, pewnie miał być psychologiczny. Mało słów, dużo obrazów. Po zakończeniu filmu miałam w głowie pustkę… może reżyserowi właśnie o to chodziło?


5 komentarzy:

Wojtek pisze...

A ja ciągle mam ochotę na Melancholię. Nie mam na nią czasu, ale lubię Kirsten, szczególnie po filmie Elisabethtown. Szkoda, że w Twojej ocenie jest niefajny. Sprawdzę na własne oczy.

recoleta pisze...

Nie lubię Kirsten Dunst. Znacznie bardziej Charlotte Gainsbourg, ale wydaje mi się, że obie nie wykazały się szczególnie mistrzowską grą aktorską w tym filmie.

Bart pisze...

Chm ,jak to funkcjonuje? .Kupa moich znajomych ma urodziny w pierwszym tygodniu stycznia ,zaczynam czytac interesujacego mnie bloga in okazjue sie ze jego wlascicielka jest jeszcza jedna osoba majaca urodziny w 1-szym tygodniu stycznia hahaha chm ,a tak na serio tez jestem przeciwnikiem hucznego celebrowania sylwestra i mysle ze jest on najlepiej spedzony w swoim wlasnym domu.Wszystkiego najlepszego i szczesliwego nowego roku.

Krzysztof pisze...

Wszystkiego najlepszego!!

marko pisze...

Wszystkiego Najlepszego