niedziela, 26 lutego 2012

Dworzec PKP w Katowicach - budowy/demolki ciąg dalszy

aOdbierałam 2 dni temu koleżankę-dziennikarkę z katowickiego dworca, a właściwie miejsca, gdzie kiedyś był katowicki dworzec. W oczekiwaniu na pociąg przespacerowałam się wzdłuż peronu i zrobiłam kilka zdjęć - komórką, więc jakość nie jest najlepsza.






Dwa ostatnie zdjęcia prezentują najnowsze "dziecko" regionu - pociąg Kolei Śląskich. To nowa spółka przewozowa, której pierwsze pociągi ruszyły po śląskich torach dopiero 1 października 2011 r.  Jeżdżą po, najczęściej wybieranych przez pasażerów, trasach: Częstochowa-Katowice-Gliwice oraz Częstochowa-Wisła-Głębce. Zanim KŚ pojawiły się na Śląsku poruszanie się na tej trasie było horrorem: likwidowano połączenia, ludzie podróżowali w koszmarnych warunkach (szczególnie zimą), stare, zdezelowane wagony... Wiem, bo Kuba przez dwie zimy bujał się do Gliwic, gdzie studiował na Politechnice Śląskiej. Niejednokrotnie odwoływano pociąg, a zimą śnieg nawiewało do środka przez niedomykające się okna. Do tego ścisk. Teraz komfort podróży na pewno się polepszył, a i okazało się, że likwidacja połączeń na tej trasie przez PKP i inne spółki to pomyłka, granicząca z absurdem (że niby nie potrzeba tylu), ponieważ pociągi KŚ, właśnie wykorzystują głównie tę trasę. Zresztą liczba połączeń ma się z czasem zwiększać. I dobrze, konkurencja zawsze dobrze wpływa na produkt otrzymywany przez klienta. Pociągi pomalowane są w śląskie barwy i ładnie prezentują, nawet na zdemolowanym katowickim dworcu.

środa, 15 lutego 2012

Zmiana wizerunku Katowic i Śląska

Od pewnego czasu Katowice są wielkim placem budowy i nie mówię tylko o haniebnej demolce, jaką uczyniono dworcowi głównemu, równając go z ziemią (a nawet schodząc kilka pięter niżej).  W okolicach "Spodka", na terenach po kopalni "Katowice" trwa budowa gmachu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz nowej siedziby Muzeum Śląskiego. Niedługo z powierzchni zniknie rzeczywiście paskudny budynek byłego Pałacu Ślubów (już rok temu został przeprowadzony do pięknie wyremontowanej kamienicy - willi Goldsteinów przy pl. Wolności). Niedługo ruszą prace nad przebudową katowickiego Rynku (niestety, projekty nie są powalające). W centrum powstaje Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka. Ma to być jedna z najnowocześniejszych bibliotek w Europie, tzw. biblioteka hybrydowa. Z informacji zaczerpniętych z projektu można dowiedzieć się, że budowa tych obiektów odpowiada polityce rozwoju województwa śląskiego i strategii rozwoju Katowic do 2020 roku, zakładającym przemianę stolicy Górnego Śląska z ośrodka przemysłowego w ośrodek usług wyższego rzędu (cokolwiek to oznacza), w tym świadczonych dla gospodarki opartej na wiedzy. Rok temu Katowice ostro walczyły o prestiżowy tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016... nie udało się. Przegraliśmy z Wrocławiem. Jednak gołym okiem widać, jak znikają z panoramy miasta poszczególne kopalnie i huty. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Na pewno pojawiają się liczne pytania: co z ludźmi, którzy w tych kopalniach i hutach pracowali całe życie, co z terenami i całą infrastrukturą pokopalnianą i pohutową, co w zamian za to i to, co mnie szczególnie interesuje - czy Polska nie potrzebuje już węgla i stali? Zaangażowałam się ostatnio w poruszanie tego typu tematów w moich artykułach, bo Śląsk zmienia się na moich oczach i nie zawsze te zmiany idą w dobrym kierunku. Żeby była jasność, ja lubię zieleń i pewnie nie miałabym nic przeciwko, żeby mieszkać w jakimś urokliwym miejscu. Ale mieszkam od urodzenia na Śląsku. Niepokoi mnie, jak widzę wyludniające się dzielnice, które kiedyś tętniły życiem, bo zawsze jest to pytanie o człowieka. Nie mam nic przeciwko kulturze i bardzo mocno trzymałam kciuki za Katowice w zmaganiach o ESK 2016. Mało tego, uważam, że to niesprawiedliwość, że Katowice nie otrzymały tego tytułu i najbardziej ze wszystkich miast zasłużyły sobie na niego. Jednak wciąż pytam, czy wymordowanie przemysłu i kopalni na Śląsku jest słuszne? Czy musimy się tak uzależniać od energii pochodzącej z różnych dziwnych i niepewnych źródeł, skoro pod Śląskiem kryją się jeszcze miliony ton węgla? Tak, wiem... teraz panuje nowy trend - przestawianie się na źródła odnawialne. Ale po pierwsze, coraz głośniej się mówi, że zmiany w klimacie wcale nie wynikają z działalności człowieka (w przynajmniej nie w takim stopniu, jak się powszechnie jeszcze do niedawna uważało), a po drugie - po co budować nową infrastrukturę dla tak niepewnych źródeł energii, skoro kopalnie stoją, a pod nimi leżą tony węgla? Zresztą chyba nie tylko ja sobie zadaję to pytanie i mam wątpliwości, bo jak się okazuje, w ostatnim czasie przywrócono do życia kopalnię, zamkniętą parę lat temu, a są plany co do kilku innych. Uważam, że obecność kopalń wcale nie przeszkadza obecności instytucji kultury i nauki, więc nie do końca rozumiem to pospolite ruszenie, aby na siłę zmieniać Katowice w ośrodek "usług wyższego rzędu" (tak jakby obecność kopalń w mieście była dla Katowic hańbą!). Bo samą kulturą nikt nie wyżyje, a Śląsk dotąd był bogaty właśnie dzięki węglowi i przemysłowi. Wycięcie w pień przemysłu spowoduje jedynie biedę i bezrobocie, co zresztą właśnie się dokonuje. A kultura i tak jest mało dostępna dla przeciętnego mieszkańca Katowic/Śląska, bo jeśli bilet do teatru kosztuje 45-65 zł, to nie wiem, którą rodzinę stać na to, aby nawet raz na jakiś czasu zafundować sobie taką atrakcję. Ja się ponadto pytam, czy ten "wyższy rząd usług", to ma być wybudowanie w centralnym miejscu Katowic - na pl. Szewczyka (dawny teren dworca autobusowego) - szpetnego hipermarketu ze szkła i metalu wciśniętego między secesyjne kamienice?! Czy może zamknięcie ruchu drogowego na niemal wszystkich ulicach centrum i wyłożenie ich obrzydliwą kostką brukową w stylu podjazdu do garażu (nie mówię już o wyrżnięciu wszystkich drzew i krzewów) ?! Dla mnie to dorabianie filozofii, aby tym co się nie orientują zatkać usta.

 Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka przed otwarciem planowanym na wrzesień/październik 2012

 Te dwa zdjęcia zrobiłam rok temu w maju

   
Zdjęcia poniżej zrobiłam kilkanaście dni temu





niedziela, 12 lutego 2012

Dziennikarstwo XXI wieku

Tak mi się wydaje, że chyba powinniśmy sobie zadać pytanie, czym jest dziennikarstwo XXI wieku? Czy w ogóle termin ten jeszcze ma jakieś znaczenie i czy - być może - w świecie nowych mediów, po prostu, dziennikarstwo obumiera. Ale dlaczego nowe media miałyby zabić dziennikarstwo? Ano z prostego powodu. Każda ogólnodostępność niszczy naturalne progi, blokujące "radosną twórczość" osobom do tego nieupoważnionym. Ale nie z racji wykształcenia (a raczej jego braku) czy nieposiadania odpowiednich kontaktów, lecz z powodu braku talentu i umiejętności. W XX wieku, aby zostać dziennikarzem też wcale nie trzeba było mieć dziennikarskiego wykształcenia. Zresztą wcale nie uważam, aby było ono specjalnie do czegoś potrzebne. Ale przede wszystkim trzeba było mieć umiejętności i - rzec można - odpowiednie cechy charakteru, takiej jak: ciekawość świata, chęć dążenia do prawdy, odkrywania tajemnic, dociekliwość... Można by tu dużo wymieniać. Oczywiście, trzeba powiedzieć o umiejętności dobrego pisania, ale w 90 proc. tego można się nauczyć, nie trzeba się z tym rodzić. Ciekawości świata natomiast nie da się nauczyć. Albo się ktoś z tym rodzi, albo nie. Dlatego tak drażni mnie obecny upadek dziennikarstwa. Nie chodzi o to, że nowe media otworzyły drzwi na szeroki świat i dały możliwość masom samodzielnego dotarcia do informacji. Wciąż większość z nas czuje potrzebę komentarza rzeczywistości, a ci którzy dorwali się do komentowania, w większości przypadków, nie mają do tego wspomnianych wcześniej umiejętności. To nie jest tak, że każdy potrafi pisać i może uzurpować sobie prawo do roli komentatora. Nie! Coraz częściej na ekranach telewizorów goszczą pseudodziennikarze, niemający nawet podstawowej wiedzy z zakresu tego szeroko rozumianego terminu, jakim jest "dziennikarstwo". Bo co ono właściwie oznacza? Słownik Języka Polskiego odpowiada krótko - zajęcie dziennikarza. A kim jest dziennikarz? Tu już mamy nieco więcej informacji, otóż dziennikarz to «pracownik redakcji prasowej, radiowej lub telewizyjnej zajmujący się zbieraniem informacji, pisaniem artykułów i przeprowadzaniem wywiadów». A zatem nie jest to każda pisząca osoba. Czym jest zatem, modny ostatnio termin, dziennikarstwo obywatelskie? Według mnie, nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Nie chcę drążyć tego tematu, takie mam zadanie i już (mimo iż na portalach tzw. dziennikarzy obywatelskich, czasami można spotkać ciekawy tekst). Jakieś granice muszą być. Dziennikarz musi być osobą pracująca w takiej czy innej formie dla konkretnej redakcji. Dlaczego się tak tego czepiam? A to dlatego, że zakładam, iż w każdej redakcji jest redaktor naczelny, który potrafi zrobić selekcję i dopuścić do "głosu" osobę się do tego nadającą. To dziś jednak założenie coraz bardziej zahaczające o sferę marzeń. Dziennikarze/redaktorzy/prezenterzy, szczególnie mediów wizualnych, reprezentują tak niski poziom, że trudno to nawet komentować. Błędy językowe, ortograficzne, brak wiedzy, powtarzanie niesprawdzonych informacji, czasami po prostu bzdur, operowanie banałem i wiele, wiele innych. To wszystko świadczy o upadku dziennikarstwa. Najgorsze jest jednak to, że w XXI wieku zmniejsza się coraz bardziej krąg osób zauważających ich błędy, a przez to, mogących je piętnować. Przeraża mnie to. Czasami zwracam komuś uwagę typu "zobacz, co on gada, przecież to głupota/nieprawda, a do tego zrobił błąd językowy" i wtedy dostaję odpowiedź w stylu "No co ty?! Przecież on jest taki fajny. Teraz się tak mówi. Czepiasz się". Tak czepiam się. Bo pamiętam czasy, gdy gazety, bez względu na to, co pisały (bo to już zupełnie inna historia) mogły być wzorem, jak pisać. Dbano o jakość. Teraz nie jest ważna jakość, tylko ilość. Najważniejsze, aby było dużo informacji. Wylewa rura na ulicy i przez 15 minut miele się na ekranach temat, prosząc o wypowiedź okolicznych mieszkańców, strażaków i Bóg wie kogo jeszcze, aby to skomentowali. PO CO?! Kogo interesuje rura pęknięta w Sianożętach (to tylko przykład)?! Do tego wszyscy komentujący bełkoczą coś bez sensu, powtarzając w kółko tę samą informację. Pamiętam, gdy w nasz świat wkroczyły tzw. telewizje dwudziestoczterogodzinne. Zastanawiam się wtedy, co oni będą puszczać przez te 24 godziny na dobę? Dziś już wiem - wciąż to samo, powtarzać do znudzenia te same informacje. Ja w zasadzie, nie ma nic przeciwko temu, jeśli są taki, którzy tego potrzebują. Jest to, co prawda, irytujące, gdy się przerzuca kanały z jednego programu informacyjnego na drugi i wszędzie słyszy się to samo (może poza telewizją Trwam, co w sumie jest bardzo ożywcze, bo wreszcie można usłyszeć coś innego - tu chciałam zaznaczyć, że nie jestem fanką telewizji Trwam, ale staram się być jednak obiektywna).

Wiem, że w nowej rzeczywistości nowych mediów potrzebna jest pewna reorganizacja zawodu dziennikarza. Niech i tak będzie. Ale, na litość boską, przecież komu to przeszkadza, aby dziennikarze byli rzetelni, uczciwi, poprawni językowo i wszechstronnie wykształceni?! Media są wzorem dla młodych pokoleń. Jeśli dziennikarze będą bełkotać i pleść, co im ślina na język przyniesie - to wykształcimy pokolenie bananożerców, którzy będą bezmyślnie gapić się w telewizor, nie rozumiejąc nic z tego, co zobaczą. Równie dobrze mogli by patrzeć na obracający się bęben pralki. Z drugiej strony, ci którzy jeszcze używają mózgu - nie powinni pozwolić na akceptowanie nędzy dziennikarskiej czy to w telewizji, czy w prasie. Gorzkie jest to, co piszę, ale naprawdę media kłamią, oszukują, robią wodę z mózgu. Chciałabym, aby myśląca część społeczeństwa była tego świadoma i nie pozwalała na taki praktyki. Ja wiem, że głupim społeczeństwem łatwiej się rządzi i pewnie o to chodzi, więc nie łykajmy wszystkiego bezmyślnie. Media nie są wyrocznią, która ma patent na prawdę. Spróbujmy spojrzeć na dany problem z innej strony, może wtedy zobaczymy, że wygląda nieco inaczej i ktoś usiłuje nas oszukać. I jeszcze jedno, kto byle jak mówi/pisze - byle jak myśli. Czy ktoś, kto byle jak myśli, ma mi dyktować, co ja mam myśleć?

To zdjęcie zrobiłam 2 dni temu, podczas głównego wydania "Wiadomości" w TVP1. Jakby ktoś nie wiedział, "wszech czasów" piszemy oddzielne!

czwartek, 9 lutego 2012

Nie płakałam po Szymborskiej

Po pierwsze, nie mam w zwyczaju manifestowania moich skłonności - ani politycznych, ani religijnych, ani światopoglądowych. Zazwyczaj zachowuję to dla siebie. Nie oflagowuję się w stylu "jestem z pokolenia JPII", "Nie dla ACTA" czy "Śląsk dla Ślązaków". Jednak od paru dni szarpie mnie w środku. Postanowiłam to wylać z siebie, mimo iż pewnie narażę się wielu osobom. Do napisania tego postu skłoniły mnie następujące przyczyny. Przede wszystkim ogólnopolska żałoba narodowa po śmierci Wisławy Szymborskiej, przejawiająca się w nagminnym wydawaniu specjalnych dodatków do gazet, poświęconych poetce, czytaniu jej wierszy na antenie mojej ulubionej "Trójki", czy tak jak dziś, nadawaniu "żałobnych pieśni" (jako że dzisiaj jej pogrzeb). Ja rozumiem, że wiele osób ją lubi, ja też. Nie mam do niej uczucia nienawiści, tylko dlatego że napisała zgrabny wierszyk o Stalinie. Kompletnie mnie to nie rusza. A to dlatego że Szymborska nie jest dla mnie autorytetem moralnym, który faktem sklecenia takiego wiersza, miałaby mnie głęboko zszokować. Szymborska nie jest też dla mnie bohaterem narodowym, zresztą niby dlaczego miałaby być?! Jej wierszyki są miłe dla uszu, sympatyczne, niektóre zawierają ciekawe metafory, porównania i spostrzeżenia natury życiowej, ale nic poza tym. Dla mnie poezja Szymborskiej nie jest wielka i nie zasłużyła na Nagrodę Nobla. Fantastyczny felieton na ten temat napisał Łukasz Warzecha na swoim blogu, przy okazji gorąco polecam. Doskonale oddaje to, co ja czuję w tej materii. Dla tych, którzy nie mają ochoty go przeczytać... autor nazwał jej postawę jako "męczeństwo na pluszowym krzyżu", "jej wyborem była również ucieczka w przyjemne i bezpieczne regiony absurdu", a w jego odczuciu Szymborska "była w swojej twórczości banalistką". Nic dodać, nic ując tym stwierdzeniom. Łukasz Warzecha przypomina również, że po śmierci Jana Pawła II liderzy lewicowej opinii lansowali się w koszulkach z napisem „Nie płakałem po papieżu”. Zastanawia się, co by było, gdyby ktoś z "celebrytów" pokazał się w koszulce z napisem „Nie płakałem po Szymborskiej”. Według niego, tak się nie stanie, bo powszechnie uznano by, że to "skandal, chamstwo, wyraz braku tolerancji, nacjonalizmu, jeśli nie faszyzmu i czego tam jeszcze". Też tak uważam, w tym dziwnym kraju wolno obrażać papieża, "moherowe berety" czy "obrońców krzyża", ale żeby podnieść rękę na świętość w postaci polskiej noblistki... o co to, to nie! Więc żeby nie było wątpliwości, składam wyrazy współczucia rodzinie i przyjaciołom poetki, ale dla mnie była poetką przez małe "p" i nie zasłużyła na żałobę narodową. To wszystko.



sobota, 4 lutego 2012

Zima / El invierno

Ostra zima wciąż trzyma. Mnie dosłownie - trzyma w domu, bo rozchorowałam się (werdykt lekarza - grypa, ale mam wrażenie, że to coś innego). Dzięki zwolnieniu usiłuję odespać ostatnie, ciężkie tygodnie pracy, które zapewne nie pozostały bez wpływu na moje zdrowie. Wiem też, że to tylko chwila wytchnienia, bo jak tylko wrócę ze zwolnienia czeka mnie dalsza harówa (od jesieni pracuję dla jeszcze jednej gazety, a dokładnie miesięcznika). Ponadto, jak tylko zacznie się nowy semestr, to zaczynam zajęcia z dziennikarstwa na moim macierzystym wydziale (uczelni zresztą też). 

Tymczasem Kuba zakończył sesję (pozytywnie, czyli cztery egzaminy zaliczone, jeden zdał nawet w terminie zerowym) i jutro wybiera się do Amsterdamu na konferencję informatyczną firmy Research In Motion, producenta produktów marki BlackBerry. Karolina natomiast próbuje zmuszać się do powtórek do matury. Idzie jej to jak po grudzie, bo ferie nęcą innymi ciekawymi ofertami, jak: spanie, granie w Sim'sy lub spotkania z koleżankami. Od tygodnia, obok rysunku i malarstwa, ma dodatkowe zajęcia z kompozycji, które mają ją przygotować do egzaminu na ASP. Tak już będzie do końca, to znaczy do egzaminów.

Wprawdzie zapowiadają ocieplenie, ale na razie jest "pieruńsko" zimno