niedziela, 22 kwietnia 2012

Eksplozja zieleni w mojej "marokańskiej kazbie"

Wystarczyło kilka dni słońca i trochę wyższej temperatury i moja balkonowa roślinność ruszyła z impetem.

Brzózka ma już całkiem duże listki


Moja czerwona róża. Ciekawe, czy zakwitnie w tym roku?

Maciejka

Gadająca Mietka

Cebulki - rewolucja. Większość przeżyła mrozy, chociaż kilka zostało wymienionych

To też maciejka



piątek, 20 kwietnia 2012

Street Art Festival 2012 w Katowicach

Dziś w Katowicach rozpoczął się Street Art Festival. Jego celem ma być zamalowanie - na sposób artystyczny - kilku ścian katowickich kamienic, tuneli i murów. Elementem promującym festiwal są koparki, stojące pod "Spodkiem", ubrane w kolorowe wdzianka, wydziergane na szydełku. Autorką tej nietypowej instalacji jest Agata Oleksiak - artystka tworząca w nurcie knit graffiti (guerilla knitting), która do tej pory ubrała w wydziergane ubranka m.in.: przęsło mostu w Seattle, autobus w stolicy Meksyku oraz pomnik kota (El Raval) w Barcelonie, a także liczne samochody, drzewa, znaki drogowe, rowery w wielu miejscach na całym świecie. Jeśli chodzi o graffiti, czy jak to inaczej zwą - murale,  jak tylko znajdę odrobinę czasu, to przelecę się z aparatem po mieście w przyszłym tygodniu (ale nie obiecuję). Na razie zostawiam was z ocieplonymi koparkami. Zdjęcia zrobione komórką, więc takie sobie.







niedziela, 15 kwietnia 2012

Nikogo nie interesuje przeszłość

Niedawno przeglądałam "Tygodnik Powszechny" [nr 16 (3275), 15 kwietnia 2012 r.] i zauważyłam coś dziwnego. Już same tytuły powinny mówić za siebie: "Rok 2050: świat stulatków...", "Historia jako piąte koło u wozu"... na każdej stronie autorzy artykułów zastanawiają się, co będzie - w przyszłości z emeryturami, co będzie w przyszłości z paliwami, co będzie w przyszłości z Kościołem... To oczywiście uogólnienia, jednak trudno niezauważyć, że wszyscy są skupieni na przyszłości. Politycy planują budżety, ministerstwa - reformy, my - prości ludzi - jedynie wakacje lub remont domu. A jednak wszyscy planują, zapominając, że przyszłość i tak jest inna niż zaplanowaliśmy. Jest takie dowcipne powiedzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. Wszystkim wydaje się, że klucz do rozwoju i sukcesu leży w przyszłości, a według mnie, to nieprawda. Niczego nowego nie wymyślamy, wszystko już kiedyś zostało wymyślone i jedynie, co robimy, to udoskonalamy np. poprzez użycie lepszych materiałów. Przykładem niech będzie iPad czy tablet (przykład również zaczerpnięty z artykułu ze wspomnianego"Tygodnika Powszechnego"). Autor tekstu, Michał Kuźmiński, pisze: "Czym się różni iPad od mezopotamskiej glinianej tabliczki? To też  była płytka, w której wygniatało się znaki służące do komunikacji. Design pozostał taki sam, zmieniły się materiały i technologia". Czy inny przykład: "Lekkie jak skarpetka buty Nike  Flyknit wykonano techniką dziewiarską. Stara metoda okazała się nowoczesną technologią". Ludziom wydaje się, że to, co było, jest złe, albo przynajmniej gorsze od tego, co jest, a tym bardziej tego, co będzie. Dziś wielu przekonało się, że płyty CD wcale nie są takie idealne, a już na pewno nie są takie trwałe, jak płyty "czarne". Niedawno świat obiegła sensacja, że w zbiorach Edisona odnaleziono cylindry z nagraniami wynalazcy. Na jednym z nich zidentyfikowano głos Ottona von Bismarcka – zmarłego ponad 100 lat temu kanclerza Niemiec. Co prawda jakość nie jest najlepsza, ale i tak robi wrażenie. Naukowcy zadali sobie pytanie,  czy współczesne nagrania też byłyby w stanie przetrwać próbę czasu? Okazuje się, że nie. Aluminium używane zwykle do wyrobu płyt CD dość szybko się utlenia. Pokryte złotem płyty są może nieco trwalsze, za to znacznie droższe. Ale nawet i one, nie przeżyją zwykłej płyty winylowej. Myślę, że takich przykładów, na lepszą jakość tego, co pochodzi z przyszłości, można znaleźć znacznie więcej.

Jestem dziennikarzem, ale sama w sobie widzę przede wszystkim historyka literatury, specjalizującego się w literaturze wieków dawnych (średniowiecze, renesans, barok). Nigdy nie mogłam zgodzić się na określenie średniowiecza jako synonimu zacofania i braku wiedzy. Ci którzy tak twierdzą, nie mają wiedzy i nie są dla mnie ani warci uwagi, ani dyskusji. Mało tego uważam, że to właśnie średniowiecze jest tym okresem, które zbudowało fundamenty, a nawet filary, cywilizacji europejskiej. Dlatego razi mnie bezmyślne zapatrzenie w przyszłość i upatrywanie w niej odpowiedzi na najważniejsze pytania. Nie sądzę, aby za sto lat ktoś potrafił odpowiedzieć na pytanie "dlaczego żyjemy?", "co jest po śmierci?" albo "czy Bóg istnieje?". W takich kwestiach - a przecież niezwykle istotnych, bo określających nasze człowieczeństwo - zawsze będziemy na równi z naszymi pradziadami z epoki kamienia łupanego. 

Jedna z tabliczek znalezionych w Ebli (Mezopotamia)

środa, 11 kwietnia 2012

Sceny balkonowe, czyli wraca zieleń do mojej "marokańskiej" kazby

"Marokańskiej" - ze względu na kolor ścian, jaki (przypadkowo) wyszedł rok temu po małym remonciku balkonu (czyt. wymiana płytek plus malowanie ścian). Ale już się przyzwyczaiłam.:-) Od kilku dni, czyli od momentu, gdy przestało śnieżyć, grzebię w moim przydomowym ogródku (czyt. na balkonie). Powoli wraca zieleń i modlę się tylko, żeby nie wróciły nocne mrozy, bo mi wytłucze tę zieleń. Cebulki już dwa razy były sadzone, bo pierwsza partia zmieniła się w mrożonkę. To nie koniec prac, ale dziś złapał mnie już zmierzch, ból pleców, a do tego skończyły mi się donice. W planach mam jeszcze wymianę siatki ochronnej na koty, bo obecna jest stara, brudna i podarta. 

Zabieram się do pracy

 Jeszcze parę dni temu było tak... cebulki zamarzły.:-(

A dziś... cebulki reaktywacja

Te cebulki były hodowane w kuchni. Dziś zostały wyprowadzone na spacer

Tu zostały wysiane maciejka i nasturcje

Maciejki nigdy dosyć

Tu ponoć są astry... no chyba że podczas ostatniego ataku zimy nasionka zamarzły

Dracena dostała nakaz eksmisji na balkon

 Brzózka-samosiejka...

...ożyła po długiej zimie

Zmierzch zakończył prace balkonowe

Efekt prawie końcowy


poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Małe grzeszki (Small Crime)

Jedno ze świątecznych przedpołudni poświęciłam na obejrzeniu greckiego filmu pt. Małe grzeszki (ang. Small crime). I chciałam coś o nim napisać, bo wiem, że nie jest to żaden hit, raczej przykład kina studyjnego. Na początek tytuł - już dawno żaden tak doskonale nie oddawał treści filmu. Doskonale dobrany. Ale do sedna... mamy maleńką wysepką, malowniczą aż do bólu, zagubioną chyba na Morzu Egejskim (zagubioną nawet przed turystami), mamy błękitne niebo, urocze, białe domki z niebieskimi okiennicami, niczym pocztówka z Santorini. Na tej wyspie panuje niemiłosierny upał, cykają cykady, miejscowi popijają ouzo w zacienionych knajpkach, czas płynie leniwie, a odmierza go jedynie pora dojenia kóz i przybijające do nadbrzeża promy. Czasami po żwirowej drodze przejdzie rozklekotany wóz z owocami, czasami pyrkoczący motorek miejscowego policjanta. Wśród tych malowniczych okoliczności przyrody żyją ludzie ze swoimi małymi problemami, kochają, umierają, żenią się, rozstają, borykają z wieloma dylematami życiowymi, np. czy uciec z tej nudnej wysepki i zrobić karierę daleko w Atenach. To marzenie miejscowego policjanta, który raczej nie ma nic do roboty poza ściganiem nudystów i miejscowych dzieciaków, jeżdżących po wyspie rozpadającymi się wozami, a do tego bez prawa jazdy. Taką "wielką karierę", według mieszkańców wioski, zrobiła córka jednej z mieszkanek - została "gwiazdą" telewizji śniadaniowej. Matka puchnie z dumy, ale czy dziewczyna też tak uważa? Tymczasem lokalny Sherlock Holmes ma okazję do spełnienia swojego marzenia - na wyspie zdarza się niewyjaśniona śmierć. Rozwikłanie tajemnicy może skutkować przeniesieniem do Aten, gdzie grasują prawdziwi przestępcy. Telewizyjna gwiazdka, podczas odwiedzin na wyspie u matki, nie tylko pomaga policjantowi - o nomen omen bohaterskim imieniu Leonidas - ale także nawiązuje z nim romans, o czym zresztą lokalna społeczność dowiaduje się szybciej niż ona sama. 

Pojawia się pytanie, czy ten film to kryminał? Chyba nie, mimo iż jest tajemnicza śmierć, śledztwo, podejrzani i przesłuchania. Czy to komedia? Również chyba nie, chociaż są sceny śmieszne. Według mnie, na przykładzie dość małej, zamkniętej społeczności, reżyser pokazał zróżnicowane potrzeby wszystkich ludzi: ich marzenia, tęsknoty, radości, smutki... W zasadzie wszyscy jesteśmy tacy sami, chociaż rozrzuceni po wielu wyspach świata (nie zawsze takich otoczonych morzem). Na małej wyspie ludzie mają małe problemy, popełniają małe grzeszki, ale tak naprawdę cała nasza planeta, to taka jedna maleńka wysepka i z perspektywy dużego oddalenia, wszystkie problemy wydają się maleńkie. Tymczasem, po wejściu w społeczność, między ludzi, urastają one do niebotycznych rozmiarów. Czasami potrzeba spojrzenia z dystansu, aby docenić urok i zalety tego miejsca, w którym się przebywa. Czasami musi wydarzyć się coś dramatycznego.

Na pewno zaletą tego filmu są przepiękne widoki, klimat tej ślicznej, idyllicznej wysepki, z jej dźwiękami, muzyką w tle, niemal czuje się zapach spalonej słońcem ziemi i kwiatów w oknach. Warto obejrzeć ten film, ale nie należy nastawiać się ani na kryminał, ani na komedię, bo będzie rozczarowanie. Ja nastawiłam się chwilę wytchnienia po szalonym okresie przedświątecznym, chwilę lenistwa jak w upalny czas siesty. A ponieważ pamiętam ten klimat z mojego pobytu w najdalszych zakamarkach Grecji, z dala od turystycznych centrów, w małej wiosce Gialova (od niej to właśnie nosi w adresie nazwę mój blog), więc spędziłam miły czas przy oglądaniu tego filmu. Zresztą, gdy za oknem, mimo kwietnia, śnieg - to miło poczuć trochę greckiego klimatu.

  

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Śladami kuźnika Walentego

Czy mieszkańcy Katowic zastanawiają się czasem, kim są patroni ulic ich miasta? Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że wielu z nich nie ma pojęcia. Szczególnie gdy sprawa dotyczy postaci z zamierzchłej przeszłości (a nie jest nią król). Tak ma się sprawa zresztą nie tylko w Katowicach. Chcę zatem kogoś przypomnieć. W 1612 roku, w oficynie drukarskiej Szymona Kempiniego w Krakowie ukazał się poemat Officina ferraria abo huta i warstat szlachetnego dzieła żelaznego autorstwa Walentego Roździeńskiego. Tak, to ten Roździeński, którego ulica łączy Sosnowiec z Katowicami (po drodze przebiegając przez dzielnicę Roździeń). 

Otóż Walenty, urodzony okołu 1570 roku we wsi Roździeń, leżącej nad rzeką Roździanką (obecnie Rawą), był kuźnikiem, czyli pracował i zarządzał kuźnią. Pierwotne jego nazwisko brzmiało Brusek lub Brusiek, lecz później przyjął nowe - od nazwy, odziedziczonej, w Roździeniu, kuźnicy. W rejonie obecnych Szopienic żelazo wytapiano tu już w XIV wieku. Pod koniec XV wieku powstała Kuźnica Bogucka, a w 1546 roku Kuźnica Roździeńska. Ta ostatnia, położona na terenie obecnej części Szopienic, w zakolu Rawy i drogi z Mysłowic do Dąbrówki Małej, funkcjonowała aż do 1830 roku. W miejscu, gdzie kiedyś prawdopodobnie znajdowała się Kuźnica Roździeńska umieszczono tablicę pamiątkową. I to ona głównie była celem mojej niedzielnej wycieczki. Nie znalazłam jej - choć znalazłam miejsce, gdzie była. Okazało się, że padła łupem złodziei (wedle zeznań jednego z mieszkańców, była z mosiądzu). Chociaż nie znalazłam tablicy, to znalazłam miejsca, o których nawet nie śniłam - niestety strach było się tam  zatrzymać samochodem. Krajobraz jak z innej planety, lepianki jak z czasów Kuźnicy Roździeńskiej. A w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Borki, gdzie już udało się zrobić kilka zdjęć.
   
 Słupki po tablicy pamiątkowej, zagubione w szopienickich chaszczach nad Rawą

Rawa - niegdyś Roździanka. Kiedyś nad nią usytuowane były młyny napędzające młoty wodne






Tak, to Katowice. Tu też może być pięknie.:-)

Chciałam jeszcze dodać, że poemat Roździeńskiego to niezwykłe, unikatowe dzieło, pokazujące historię europejskiego i polskiego (a szczególnie śląskiego) górnictwa oraz hutnictwa. Pierwszy raz zetknęłam się z nim podczas studiów i jakoś nie zapadło w mojej pamięci. Ale teraz zrobiło ogromne wrażenie, bo czytałam z tzw. kluczem, błądząc oczami wyobraźni po lesistych dobrach Kuźnicy Boguckiej, dostatnich w szlachetne kruszce Górach Olbrzymich (Karkonoszach), czy złotonośnych piaskach Goldbergu (Złotoryi). Urzekły mnie opowieści o skarbnikach i ubożach - duchach złośliwych i przyjaznych, które towarzyszyły górnikom i kuźnikom. Duże wrażenie zrobiły opisy gospodarstwa kuźniczego, gdzie wszystko tak sprawnie funkcjonowało, mimo odpowiednich przepisów, zarządzeń, przetargów itp. Piorunujące odczucia mną targają, bo kolejny raz przekonałam się, jak ważnym, potężnym, rozwiniętym przemysłowo i kulturalnie był region Śląska, począwszy od wczesnego średniowiecza, aż po okres międzywojnia XX wieku. Przechodził z rąk do rąk, był dzielony i szatkowany, ale wciąż był Śląskiem. Globalizacja zachwaściła go, odebrała sporo z jego tożsamości, odarła ze śląskości. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dziś wcale nie jesteśmy aż tacy nowocześni, wręcz przeciwnie - coś po drodze zagubiliśmy... może dumę i honor zawodowy (i nie tylko)?