poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Małe grzeszki (Small Crime)

Jedno ze świątecznych przedpołudni poświęciłam na obejrzeniu greckiego filmu pt. Małe grzeszki (ang. Small crime). I chciałam coś o nim napisać, bo wiem, że nie jest to żaden hit, raczej przykład kina studyjnego. Na początek tytuł - już dawno żaden tak doskonale nie oddawał treści filmu. Doskonale dobrany. Ale do sedna... mamy maleńką wysepką, malowniczą aż do bólu, zagubioną chyba na Morzu Egejskim (zagubioną nawet przed turystami), mamy błękitne niebo, urocze, białe domki z niebieskimi okiennicami, niczym pocztówka z Santorini. Na tej wyspie panuje niemiłosierny upał, cykają cykady, miejscowi popijają ouzo w zacienionych knajpkach, czas płynie leniwie, a odmierza go jedynie pora dojenia kóz i przybijające do nadbrzeża promy. Czasami po żwirowej drodze przejdzie rozklekotany wóz z owocami, czasami pyrkoczący motorek miejscowego policjanta. Wśród tych malowniczych okoliczności przyrody żyją ludzie ze swoimi małymi problemami, kochają, umierają, żenią się, rozstają, borykają z wieloma dylematami życiowymi, np. czy uciec z tej nudnej wysepki i zrobić karierę daleko w Atenach. To marzenie miejscowego policjanta, który raczej nie ma nic do roboty poza ściganiem nudystów i miejscowych dzieciaków, jeżdżących po wyspie rozpadającymi się wozami, a do tego bez prawa jazdy. Taką "wielką karierę", według mieszkańców wioski, zrobiła córka jednej z mieszkanek - została "gwiazdą" telewizji śniadaniowej. Matka puchnie z dumy, ale czy dziewczyna też tak uważa? Tymczasem lokalny Sherlock Holmes ma okazję do spełnienia swojego marzenia - na wyspie zdarza się niewyjaśniona śmierć. Rozwikłanie tajemnicy może skutkować przeniesieniem do Aten, gdzie grasują prawdziwi przestępcy. Telewizyjna gwiazdka, podczas odwiedzin na wyspie u matki, nie tylko pomaga policjantowi - o nomen omen bohaterskim imieniu Leonidas - ale także nawiązuje z nim romans, o czym zresztą lokalna społeczność dowiaduje się szybciej niż ona sama. 

Pojawia się pytanie, czy ten film to kryminał? Chyba nie, mimo iż jest tajemnicza śmierć, śledztwo, podejrzani i przesłuchania. Czy to komedia? Również chyba nie, chociaż są sceny śmieszne. Według mnie, na przykładzie dość małej, zamkniętej społeczności, reżyser pokazał zróżnicowane potrzeby wszystkich ludzi: ich marzenia, tęsknoty, radości, smutki... W zasadzie wszyscy jesteśmy tacy sami, chociaż rozrzuceni po wielu wyspach świata (nie zawsze takich otoczonych morzem). Na małej wyspie ludzie mają małe problemy, popełniają małe grzeszki, ale tak naprawdę cała nasza planeta, to taka jedna maleńka wysepka i z perspektywy dużego oddalenia, wszystkie problemy wydają się maleńkie. Tymczasem, po wejściu w społeczność, między ludzi, urastają one do niebotycznych rozmiarów. Czasami potrzeba spojrzenia z dystansu, aby docenić urok i zalety tego miejsca, w którym się przebywa. Czasami musi wydarzyć się coś dramatycznego.

Na pewno zaletą tego filmu są przepiękne widoki, klimat tej ślicznej, idyllicznej wysepki, z jej dźwiękami, muzyką w tle, niemal czuje się zapach spalonej słońcem ziemi i kwiatów w oknach. Warto obejrzeć ten film, ale nie należy nastawiać się ani na kryminał, ani na komedię, bo będzie rozczarowanie. Ja nastawiłam się chwilę wytchnienia po szalonym okresie przedświątecznym, chwilę lenistwa jak w upalny czas siesty. A ponieważ pamiętam ten klimat z mojego pobytu w najdalszych zakamarkach Grecji, z dala od turystycznych centrów, w małej wiosce Gialova (od niej to właśnie nosi w adresie nazwę mój blog), więc spędziłam miły czas przy oglądaniu tego filmu. Zresztą, gdy za oknem, mimo kwietnia, śnieg - to miło poczuć trochę greckiego klimatu.

  

1 komentarz:

Wojtek pisze...

Po Twojej recenzji nabrałem zamiaru obejrzenia tego filmu. Może w weekend znajdę chwilę czasu na niego. Zapowiada się ciekawie.