poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Śladami kuźnika Walentego

Czy mieszkańcy Katowic zastanawiają się czasem, kim są patroni ulic ich miasta? Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że wielu z nich nie ma pojęcia. Szczególnie gdy sprawa dotyczy postaci z zamierzchłej przeszłości (a nie jest nią król). Tak ma się sprawa zresztą nie tylko w Katowicach. Chcę zatem kogoś przypomnieć. W 1612 roku, w oficynie drukarskiej Szymona Kempiniego w Krakowie ukazał się poemat Officina ferraria abo huta i warstat szlachetnego dzieła żelaznego autorstwa Walentego Roździeńskiego. Tak, to ten Roździeński, którego ulica łączy Sosnowiec z Katowicami (po drodze przebiegając przez dzielnicę Roździeń). 

Otóż Walenty, urodzony okołu 1570 roku we wsi Roździeń, leżącej nad rzeką Roździanką (obecnie Rawą), był kuźnikiem, czyli pracował i zarządzał kuźnią. Pierwotne jego nazwisko brzmiało Brusek lub Brusiek, lecz później przyjął nowe - od nazwy, odziedziczonej, w Roździeniu, kuźnicy. W rejonie obecnych Szopienic żelazo wytapiano tu już w XIV wieku. Pod koniec XV wieku powstała Kuźnica Bogucka, a w 1546 roku Kuźnica Roździeńska. Ta ostatnia, położona na terenie obecnej części Szopienic, w zakolu Rawy i drogi z Mysłowic do Dąbrówki Małej, funkcjonowała aż do 1830 roku. W miejscu, gdzie kiedyś prawdopodobnie znajdowała się Kuźnica Roździeńska umieszczono tablicę pamiątkową. I to ona głównie była celem mojej niedzielnej wycieczki. Nie znalazłam jej - choć znalazłam miejsce, gdzie była. Okazało się, że padła łupem złodziei (wedle zeznań jednego z mieszkańców, była z mosiądzu). Chociaż nie znalazłam tablicy, to znalazłam miejsca, o których nawet nie śniłam - niestety strach było się tam  zatrzymać samochodem. Krajobraz jak z innej planety, lepianki jak z czasów Kuźnicy Roździeńskiej. A w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Borki, gdzie już udało się zrobić kilka zdjęć.
   
 Słupki po tablicy pamiątkowej, zagubione w szopienickich chaszczach nad Rawą

Rawa - niegdyś Roździanka. Kiedyś nad nią usytuowane były młyny napędzające młoty wodne






Tak, to Katowice. Tu też może być pięknie.:-)

Chciałam jeszcze dodać, że poemat Roździeńskiego to niezwykłe, unikatowe dzieło, pokazujące historię europejskiego i polskiego (a szczególnie śląskiego) górnictwa oraz hutnictwa. Pierwszy raz zetknęłam się z nim podczas studiów i jakoś nie zapadło w mojej pamięci. Ale teraz zrobiło ogromne wrażenie, bo czytałam z tzw. kluczem, błądząc oczami wyobraźni po lesistych dobrach Kuźnicy Boguckiej, dostatnich w szlachetne kruszce Górach Olbrzymich (Karkonoszach), czy złotonośnych piaskach Goldbergu (Złotoryi). Urzekły mnie opowieści o skarbnikach i ubożach - duchach złośliwych i przyjaznych, które towarzyszyły górnikom i kuźnikom. Duże wrażenie zrobiły opisy gospodarstwa kuźniczego, gdzie wszystko tak sprawnie funkcjonowało, mimo odpowiednich przepisów, zarządzeń, przetargów itp. Piorunujące odczucia mną targają, bo kolejny raz przekonałam się, jak ważnym, potężnym, rozwiniętym przemysłowo i kulturalnie był region Śląska, począwszy od wczesnego średniowiecza, aż po okres międzywojnia XX wieku. Przechodził z rąk do rąk, był dzielony i szatkowany, ale wciąż był Śląskiem. Globalizacja zachwaściła go, odebrała sporo z jego tożsamości, odarła ze śląskości. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dziś wcale nie jesteśmy aż tacy nowocześni, wręcz przeciwnie - coś po drodze zagubiliśmy... może dumę i honor zawodowy (i nie tylko)?
 
 


 


2 komentarze:

Jerry pisze...

Gorny Slonsk - jak jest napisane na murze na jednym zdjeciu - dobre.

recoleta pisze...

To nie przypadek. To jest wersja śląskiej wersji, która się zapisuje: Gůrny Ślůnsk, a wymawia się pomiędzy 'u' i 'o'. Dla filologów jest jasne określenie - 'u' nosowe, które to w języku oficjalnym właściwie już nie istnieje, ale kiedyś, w staropolszczyźnie (mówiąc bardzo ogólnie), istniało. Tak więc, jak ktoś napisze na murze Ślonsk, to tu nikogo nie dziwi, ani nie śmieszy.