poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Początek wyprawy - Łańcut

Nasze wakacyjne zwiedzanie rozpoczęło się już w Polsce. Pierwszego dnia, po drodze do Jarosławia, odwiedziliśmy dawną rezydencję magnacką Lubomirskich i Potockich w Łańcucie. Ponieważ nigdy tam nie byłam, a przynajmniej siebie tego nie przypominam, wyraziłam taką chęć. Powstanie pierwotnego zamku datowane jest na II połowę XVI wieku. Jego pierwszym właścicielem był wojewoda Stanisław Lubomirski. W I połowie XVIII wieku zamek przeszedł w ręce Potockich. W czasie II wojny światowej mieścił się tu sztab Wehrmachtu, a po wojnie zamek został zamieniony w muzeum. Wokół rezydencji rozciąga się park o charakterze angielskiego parku krajobrazowego. Z tym że nosi znamiona ingerencji czasów słusznie minionych - wyasfaltowane alejki (z kruszącym się już asfaltem) nie zachęcają do spacerów, raczej zagrażają skręceniem nogi - czego omalże nie dokonałam już na wstępie wakacji. Ponadto promocja tego zabytku jest marna, że przypomina mi (szczególnie teraz, po wizycie na Wschodzie) nieudolne próby promowania zabytków w stylu socrealizmu. Po pierwsze, osoby nie zaznajomione z lokalnymi zwyczajami (czyli, na mój rozum, ok. 99,99% odwiedzających, zwanych popularnie turystami) drałuje w upale i kurzu, przez cały park do bram zamku tylko po to, aby dowiedzieć się, że kasa z biletami do zamku znajduje się po drugiej stronie ulicy, w innym budynku! Trzeba zrobić zwrot o 180 st. i przemaszerować cały park (w upale i kurzu), przejść przez ulicę do owego budynku, a następnie z biletami w ręku przemaszerować ponownie cały park (w upale i kurzu), aby wrócić do zamku. Pozostawiam ten proceder bez komentarza, ale zadam tylko jedno pytanie: komu się zechce tak wędrować (w upale i kurzu) tam i z powrotem? My zrezygnowaliśmy. Inna rzecz, że bilet wstępu do rezydencji, to wydatek rzędu 28 zł. Na mój gust sporo. Zastanawiam się, ile rodzin (np. czteroosobowych) może sobie na taki luksus pozwolić. Efekt? Pustki przed wejściem do zamku (pewnie w zamku też), widzieliśmy jedynie jedną parę Niemców wychodzących z budynku. Kolejny wybryk, niezrozumiały dla mnie - w parku, w niektórych miejscach, gdzie rosły piękne kwiaty, szumiała woda w fontannach, wejście do alejek było zagrodzone. A zatem, zarządzający parkiem, albo uważają, że turyści to niecywilizowane dzikusy, które zadepczą kwiaty, albo, że zwykły zwiedzający jest niegodny, aby wejść w pobliże fontanny, by w upale się nieco ochłodzić. Miejsce piękne, ale może zbyt blisko usytuowane Wschodu, skąd zapewne praktyki stosowane przez zarządców muzeum. Szkoda, wielka szkoda, bo można by obniżyć koszt biletów, zrobić ogródki kawiarniane, gdzie w cieniu pięknych drzew i kolorowych kwiatów człowiek mógłby wypić dobrą kawę, zjeść lody, może nawet jakiś punkt z pamiątkami, pocztówki, magnesy na lodówkę, kalendarze ze zdjęciami... Sama bym pewnie coś kupiła. Może wtedy zamek w Łańcucie nie wyglądałby na wymarły.

 Zamek od tyłu 


 Glorieta w remoncie

 Zamek od przodu




Oranżeria

 Ogród różany koło oranżerii nie był dostępny. Pozostało nam tęsknie spojrzeć w kierunku fontanny i zrobić zdjęcie zza ogrodzenia. W zasadzie można było łatwo przejść przez ogrodzenie, ale nie chcieliśmy się narażać na durne komentarze jakiegoś ciecia w stylu "nie wolno, bo nie wolno"


Wejście do oranżerii

Na schodach oranżerii


 Ogród włoski

Tu można było podejść do fontanny



7 komentarzy:

Mażena pisze...

Pooglądałam sobie wirtualne zwiedzanie zamku. Otoczenie wygląda. ciekawie, oj dawno tam byłam. Ciekawego zwiedzania, bez niespodzianek!

Ewa pisze...

Piękna relacja, ale właśnie się zorientowałam, że mam tu u Ciebie spore zaległości. Już trochę nadrobiłam, ale jeszcze sporo przede mną. Znikam wiec nadrabiać dalej
Pozdrawiam serdecznie
Ewa

recoleta pisze...

Pozdrawiam i zapraszam do czytania dalszych relacji.

Anonimowy pisze...

O ile wiem to ceny nie odbiegają wysokością od innych rezydencji magnackich w Polsce. A wnętrza naprawdę warto zobaczyć. A przed bramą zamkową i już po wejściu nie ma żadnych tablic informujących gdzie są kasy? Nie chce mi się w to wierzyć. A Storczykarnię Pani widziała woda stoliki zieleń i tę upragnioną kawę można wypić. Cóż alejki rzeczywiście w kiepskim stanie. Pozdrawiam. I proszę nie pisać tak o bliskości Wschodu bo to szowinizmem Zachodnim pachnie

recoleta pisze...

Po pierwsze, ceny za wstęp są za wysokie i proszę mnie nie przekonywać, że tak nie jest. A argument, że tak jest tez gdzie indziej, to nie jest argument. Jak się chcesz przyciągnąć klienta, to się robi tak, jak nie gdzie indziej.

Po drugie, skoro żadnych tablic nie widziałam, to znaczy, że albo ich nie było, albo były źle widoczne.

Po trzecie i jednocześnie podsumowując. To ja jestem turystką i wszystko powinno być zrobione tak, aby każdy turysta, nawet niezbyt rozwinięty umysłowo (a zaznaczam, że głupkiem nie jestem), powinien trafić wszędzie i zobaczyć najciekawsze rzeczy. Rzeczywiście, storczykarni nie widziałam, ale skąd miałam wiedzieć, że warto tam iść? Przechodziłam obok, ale tak kiepsko się prezentowała, że nie przyszło mi do głowy, że w środku jest coś ciekawego. Panie lub Pani Anonimie, to nie zarządcy rezydencji powinni czuć się usatysfakcjonowani, ale turyści. Chyba Pan/Pani zapomina o starej zasadzie, że "nasz klient, nasz pan".

Michał pisze...

Po pierwsze argumentacja rodem ze szkoły podstawowej moja racja jest jedyna słuszna i koniec bez dyskusji. Gratulacje

Po drugie radzę zainwestować w okulary bo można sobie krzywdę zrobić nie widząc czegoś

Po trzecie rozumiem argument, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie było tak żeby gremialnie wszystkich zadowolić, bo gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Budynek storczykarni źle się prezentuje? To będę musiał się wybrać zobaczyć bo chyba coś się zmieniło. A oceniać zawartość po opakowaniu to także bardzo dojrzałe zachowanie.

Zapraszam jednak do Łańcuta i polecam się jako przewodnik.

recoleta pisze...

Ta dyskusja nie ma sensu. Powtórzę tylko jeszcze raz: to klient ma rację. Argumentacja "kup se okulary, jak nie widzisz" jest rodem z czasów słusznie minionych.