niedziela, 19 sierpnia 2012

Ukraina zaliczona / Volví desde Ucrania

No, więc wróciliśmy. Żyjemy, nie okradli nas, nie rozchorowaliśmy się, nie zatrzymała nas ukraińska drogówka, samochód cały - a zatem, można powiedzieć, że sukces. Właściwie, to nie wiem od czego zacząć moją opowieść (wieloodcinkową). Mamy tyle wrażeń, tyle przygód do opowiedzenia, że nie umiem się zdecydować. Będę relacjonować po kolei, ale jeszcze nie dziś. Zrobiłam ok. 16 GB zdjęć i ciężko mi je tak szybko przejrzeć i uporządkować. Dziś - na początek - małe resume. 

Wiele rzeczy okazało się totalnie innymi, niż się spodziewaliśmy. Jedne zaskoczyły nas pozytywnie, inne negatywnie. Dziś mogę powiedzieć, że główny, a może najważniejszy cel tego wyjazdu - cel poznawczy - został osiągnięty. Jestem tym usatysfakcjonowana. Na pewno bardzo odpoczęłam psychicznie. Ilość wrażeń, emocji i intensywny program nie pozwalał, aby myśleć o pracy. Całkowicie wyłączyłam mózg od myślenia o sprawach codziennych. A to bardzo ważne na urlopie. Był duży wysiłek fizyczny, bo zwiedzanie podczas tak wielkich upałów, jakie tam mieliśmy podczas całego pobytu oraz przerzucanie per pedes kilkunastu kilometrów dziennie, to też  spory wyczyn.Ale to też dobrze - zrzuciłam ze 3 kilogramy.

Nad dachami Lwowa
  • Czy było warto? Oczywiście! To była niezwykła podróż, zupełnie inna od dotychczasowych. Wymagała dużej kreatywności myślenia, szybkości podejmowania decyzji, radzenia sobie z niespodziankami i czasami odporności na sprawy, które uważaliśmy za wymarłe (szczególnie te - rodem z filmów Barei).
  • Najlepsze noclegi. Hostel we Lwowie, lokale klasztorne: benedyktynki w Jarosławiu i urszulanki w Kamieńcu Podolskim. Całkiem niezły był też na Krymie, ale to osobna opowieść.
  • Najgorsze noclegi. Zdecydowanie Odessa. Fatalna dzielnica, 30 minut maszerowania od centrum (czyli atrakcji turystycznych), brudna, dookoła menele i prostytutki, pokój maciupki, grzyb na ścianie, cieknący kibelek, zaspawane okna, zacinająca się nieustannie klimatyzacja. Do tego Barejowska obsługa.
  • Drogi. To osobna konkurencja. Są niezłe, jak np. droga od granicy do Lwowa, a potem do Stryja, czy autostrada do Odessy (my wskoczyliśmy na nią w Umanie, nie wie, jak wygląda wcześniej - leci od Kijowa). Drogi na Krymie pod względem technicznym też nie są złe, to po prostu drogi górskie, serpentyny, ale dziur nie ma. Ale inne drogi to "koszmar z ulicy wiązów". Krzysiek twierdzi, że po tych wakacjach przybyło mu siwych włosów na głowie. Nic co się mówi o ukraińskich drogach nie jest przesadzone. Widzieliśmy rzeczy, których tu w Europie nikt sobie nie jest w stanie nawet wyobrazić, np. dziura po studzience, zaś żeliwna kratka stojąca na sztorc. Wrąbanie się, z nawet małą prędkością, w taką zaporę skutkowałoby, po prostu, saltem. Na drodze można spotkać wszystko: połamane drzewa, porzucone koła samochodowe (np. od tirów) i różne rzeczy zgubione podczas telepania się po dziurach. Na naszych oczach samochód przed nami zgubił... metalową drabinkę. 
  • Kierowcy ukraińscy. To też osobna konkurencja. Nie chodzi o to, że ktoś coś niechcący zrobił, ale o zasadnicze nastawienie do przepisów drogowych. A nastawienie jest takie, żeby ich nie przestrzegać. A zatem ukraińscy kierowcy łamią wszelkie możliwe przepisy!!! Najbardziej popularne to: jeżdżenie bez świateł... w nocy (!), wyprzedzanie na podwójnej ciągłej linii i zakazie wyprzedzania (w tym na zakrętach, np. na serpentynach w górach), niestosowanie się do sygnalizacji świetlnej, niestosowanie się do znaku stop, wjeżdżanie pod prąd na drogę jednokierunkową (a i na autostradzie widzieliśmy jeżdżących pod prąd), zatrzymywanie się tam gdzie popadnie, najczęściej na zakazie, nieużywanie sygnalizacji w samochodzie (np. przy skręcie nie używają migaczy). To tak na szybko, co mi się przypomniało. Trzeba jednak przyznać, że migają (jak kiedyś w Polsce) na ostrzeżenie przez milicją. Bez tego na pewno wiele razy by nas złapali.
  • Największe rozczarowania. No cóż... dla mnie Bakczysaraj. Kto nigdy nie był w takich miejscach jak Alhambra, albo i we Włoszech, to może być zachwycony. Ja jestem zdegustowana. Pomijam kwestie cen biletów, które są nieadekwatne to tego, co tam można zobaczyć, to potwierdza się stara sowiecka zasada: ma ładnie wyglądać z daleka i dobry PR, reszta nieważna. Z daleka faktycznie wygląda pięknie, z bliska żenująco śmiesznie. Zamiast bogatych kolorowych mozaik - niestarannie wykonane odlewy gipsowe, przypominające arabeski, tandetnie pomalowane farbą. Ogród perski... lepiej wygląda mój ogródek na balkonie. Fontanna... to współczesny, betonowy odlew. Innym rozczarowaniem są dla mnie czarnomorskie plaże. Wielkie kamole, małe kamole i średnie kamole, czasami żwir. Wszystko w kolorze grafitu. Małe, wąskie plaże, do tego wysuszone zbocza, zero tropikalnej roślinności, palm, raczej sukulenty i wszechobecny szaroczarny pył, pokrywający wszystko dokoła.
  • Największa niespodzianka. Chyba Góry Krymskie. Przepiękne, dzikie, monumentalne, czasami posępne i groźne. Niezwykły był pobyt w obozowisku Tatarów pod szczytem Aj-Petri. Oszałamiające widoki, dymy z palenisk, zapach dań tatarskich, dzikie konie, wiatr, przesympatyczni, gościnni Tatarzy...
  • Rzeczy wkurzające. Do jednych z najbardziej irytujących rzeczy należy fatalne oznakowanie miast, dróg, a nawet ulic. Jasnej cholery dostawaliśmy przy przejeżdżaniu przez jakikolwiek miasto. Zdarzało się, że nie uświadczyliśmy ani jednej tablicy informującej, dokąd dana droga prowadzi. Nasza nawigacja (mapa Ukrainy), niestety, nie była idealna. Nie miała map małych miast. Błądziliśmy regularnie. Pierwszy raz we Lwowie, gdzie szukaliśmy naszego hotelu, który znajdował się na ulicy Szewczenki. Okazało się jednak, że w mieście są... trzy ulice Szewczenki. Inny problem, to brak tablic informujących o nazwie ulicy. Tak błądziliśmy po Odessie, gdzie można było przejść kilka kwartałów i nie znaleźć nazwy ulicy.
Odessa. Schody Potiomkinowskie
 
Krym. Masyw Czufut-Kale

3 komentarze:

Jerry pisze...

No to mozna z Twojego resumé powiedziec, ze okres PRL-u to byl maly pikus w stosunku do tego co widzialas na Ukrainie. Pamietam, jezdzilismy Syrenka z rodzicami nad moze wiele razy i nawet dobrze mapy nie trzeba bylo otwierac. Drogi jakie byly to wiemy, ale dziur nie bylo w kazdym razie. No i po drodze w dobrych barach mlecznych mozna bylo zjesc pyszne sniadanie typu: jajecznica z maslana bulka i kakao.

recoleta pisze...

Zgadza się. Szczególnie w dziurawych drogach przoduje Ukraina zachodnia. Muszę przyznać, że mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że czegoś sobie nie uszkodziliśmy. Połączenie fatalnych dróg, z fatalnymi zwyczajami drogowymi kierowców i oznakowanie, to mieszanka wybuchowa. Wiele razy uciekaliśmy na pobocze, bo z przeciwka, na tzw. czołówkę leciał jakiś wariat i do tego mrugał światłami, że to my mamy uciekać. Sami, jadąc nocą w okolicy Bukowiny (czyli w rejonie dużych lasów, terenów dość dzikich), zabiliśmy jednego lisa i wpadliśmy w watahę wilków. Cały czas mam przed oczami ich świecące oczy i zębiska w rozwartych paszczękach. Modliłam się, żeby tylko żadne większe zwierze nie wylazło na drogę, np. jeleń czy niedźwiedź. Do mojego komentarza o drogach mogłabym dodać jeszcze, że nie mają czegoś takiego jak parkingi leśne, żeby można było zatrzymać się i coś zjeść w kulturalnych warunkach. Są stacje benzynowe i czasami jakieś restauracje przy drodze, do których jednak z własnym termosem i kanapkami nie wejdziesz. Nawet przy autostradzie Kijów-Odessa musieliśmy zatrzymać się w jakimś koszmarnym miejscu i w towarzystwie śmietnika, zalatującego smrodu z szaletu i gdakających kur, na stojąco pochłonąć drugie śniadanie.

Jerry pisze...

nad "morze" mialo byc oczywiscie.