niedziela, 18 listopada 2012

Zdobywamy Krym / Llegada en Crimea

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z obskurnego odeskiego hotelu "Tokyo Star", czując wielką ulgę, że opuszczamy ten wstrętny, odpychający, brudny, zagrzybiały, duszny lokal, z niesympatyczną obsługą. Przed nami długa droga na Krym. Błądzimy po ulicach Odessy chyba godzinę. Nasza nawigacja głupieje, a na ulicach nie można doświadczyć ani jednej tablicy, która by prowadziła do dróg wylotowych. Zaliczamy więc śpiące osiedla mieszkaniowe, jakieś bezludne, opuszczone przez ludzi dzielnice, fabryki, zakłady produkcyjne i kierujemy się zasadą harcerską - na Wschód ("tam musi być przecież jakaś cywilizacja"). W końcu wyjeżdżamy na dwupasmową drogę, która sprawia wrażenie, że kieruje nas poza granice miasta. Pojawia się pierwsza tablica informacyjna, a nasza nawigacja ożywa. Jesteśmy na dobrej drodze. Wstaje słońce, przed nami kolejny upalny dzień. 

Jedziemy wzdłuż Morza Czarnego. Na horyzoncie (z prawej strony) widzimy jego zarysy. I tak cały czas, aż do wjazdu na Półwysep Krymski. Przed wjazdem przejeżdżamy przez rozległe, migoczące w słońcu, rozległe laguny, morza traw, trzcin i innej roślinności wodnej, kołyszące się na wietrze. Widoki jak z bajki. W pewnym momencie z prawej strony widzimy Morze Czarne, a z lewej Morze Azowskie. Jak tylko wjeżdżamy na półwysep zmienia się krajobraz. Znajdujemy się na ogromnej, płaskiej stolnicy. Po horyzont step, step, step... prawie pustynia, gdzieniegdzie drobne sukulenty, maksymalna wysokość roślin sięga kolan. Robi to na nas dramatyczne wrażenie. Krzysiek rzuca uwagę "co się dziwić, że Tatarzy, żyjący na tej pustyni, gdy zobaczyli zieloną Ukrainę, zapragnęli ją zdobyć". Góry z czasem zaczynają wyłaniać się przed nami - na horyzoncie. Rosną i rosną, aż w okolicach Symferopolu są już bardzo majestatyczne. 



  
Droga z Odessy do wjazdu na Krym jest raczej mało ciekawa, ale i tak znacznie lepsza niż te na zachodniej Ukrainie. Ale od momentu wjazdu na Krym, jedziemy bardzo przyzwoitą, świeżo wyasfaltowaną drogą - aż do prawie samej Ałuszty. Tu skręcamy w wysokie góry. Droga jest bardzo widokowa, czytaj: przerażająco niebezpieczna. Trzymam się fotela i wielokrotnie zamykam oczy. Pionowe przepaści, zakręty i serpentyny, często bez zabezpieczenia, a przy tym wypadające z przeciwka samochody, jadące jak na pożar.





Krótki postój w górach, w drodze do Rybaczie 

Krzysiek w krzakach odkrył plantację winogron

Dookoła zresztą mnóstwo jest winnic

 Dalej jedziemy, skubiąc winogrona

 Wreszcie widać morze. Jeszcze parę zakrętów i jesteśmy w Rybaczie

Prowadzi nas nawigacja i wskazówki Piotra, który ma załatwić nam nocleg na Krymie. I tu spotyka nas kolejna przygoda. Piotr jest osobą poleconą, mieszka z żoną Rosjanką na Krymie od wielu lat, prowadzi pensjonat, organizuje wycieczki. Jest sprawdzony przez dziewczynę, poznaną na forum "National Geographic", która była u niego rok temu. Korespondujemy ze sobą w celu ustalenia szczegółów, głównie dotyczących warunków, jakich oczekujemy i ceny. Mam wrażenie, że wszystko jest zaklepane. Dzwonimy do niego z Odessy, potem kilkakrotnie z drogi. Umawiamy się przy wjeździe do Rybaczie. I rzeczywiście, czeka na nas. Szybko jednak okazuje się, że nie ma dla nas żadnego noclegu. Proponuje nam noclegi na kempingu (przy okazji opowiem, jak wyglądają kempingi po ukraińsku/rosyjsku), teraz powiem tylko tyle, że to po prostu zatłoczone brudne klepisko przy drodze, pokryte kurzem lecącym od przejeżdżających samochodów, oczywiście bez dostępu do WC i łazienki. Znacznie lepiej byłoby spać w samochodzie. Robimy wielkie oczy i mówimy, że nie tego oczekiwaliśmy, a poza tym nie mamy namiotu. Dziwi się, że nam to nie odpowiada i twierdzi, że jest środek sezonu i z miejscami kiepsko. Zaczynamy się denerwować, bo poprzedniego dnia rozmawialiśmy z Odessy i nie było żadnego problemu. Mówimy, że wprawdzie nie oczekujemy luksusów, ale chcemy dostępu do łazienki i kuchni. Piotr drapie się po głowie. W końcu proponuje objazd po kilku pensjonatach w celu zobaczenia miejsc. Bardzo nalega na domek na obrzeżach wioski. Twierdzi, że jest spokojnie, duży, zielony ogród, tylko łazienka na zewnątrz. Ja już jestem wrogo nastawiona, ale Krzysiek chce zobaczyć. Jedziemy. To, co widzimy odbiera nam mowę. Nie wiem, co bardziej mnie zaskakuje, że można turystom coś takiego proponować, czy to że proponuje nam to Polak. Pokój jest koszmarny, drzwi z dykty, śmierdzący i brudny, czuć wilgoć. Nie tylko nie ma łazienki, ale i WC. Kuchnia, to syf, jakiego w życiu nie widziałam. Obozy przesiedleńców syryjskich są z pewnością na wyższym poziomie. Objechałam kawał świata i nocowałam w różnych miejscach, ale takiego gnoju nie widziałam nigdzie. Piotr z dumą pokazuje nam dziurę w ziemi, do której można załatwić potrzeby fizjologiczne. Jest tak brudno (nie użyję niecenzuralnych słów), że wzbiera mi się na wymioty. Tłumaczymy mu, bo mam wrażenie, że dawno nie był w Polsce, że brak luksusów rozumiemy nieco inaczej. Wygląda na to, że tu luksusem jest dostęp do WC. Jesteśmy zdenerwowani, zmęczeni, spoceni, brudni, głodni i spragnieni. Panuje niemiłosierny upał. Gorący wiatr przykleja do nas wszechobecny pył (tu nie ma czegoś takiego jak trawa, wszędzie jest goła ziemia, pokryta ciemnoszarym, prawie grafitowym pyłem, jak wulkanicznym). Jedziemy obejrzeć inne miejsca. Zmieniam opcję, teraz mówię, że chcę luksusy. W końcu docieramy do pensjonatu prowadzonego przez rosyjskie małżeństwo. Piotr sprawia wrażenie, jakby nie chciał nas tu ulokować, mnoży problemy - przede wszystkim, że przyjeżdżamy na zbyt krótki okres i nikt nam nie wynajmie pokoju na mniej niż tydzień. Generalnie opowiada herezje, że w całym Rybaczie nie ma wolnych miejsc. Właścicielka pensjonatu wtrąca się jednak, że bardzo chętnie wynajmie nam pokój. Oprowadza nas po posesji, pokazuje duży pokój, jest czysto, łazienka, telewizor, przynosi nam wentylator. Okazuje się, że w latach 90-tych pracowała z mężem w Polsce, w Katowicach. To w Polsce zarobili pieniądze i za nie kupili dom, a potem wybudowali obok drugi. Ustalamy cenę i wprowadzamy się do pokoju. Pan Piotr zmywa się niezadowolony, że nie otrzymał od nas prowizji za wskazanie tego miejsca (dodam, że w mailach nie wspominał o żadnej prowizji). Następnego dnia jeżdżąc po okolicy, widzimy setki domów z tablicami o wolnych miejscach. Ludzie stoją też z kartkami przy drodze. Dowiadujemy się ponadto, że tu nie ma zwyczaju rezerwacji miejsc. Przyjeżdża się, szuka, ogląda lokal i wynajmuje. Podsumowując ten dość długi wywód, standardy krymskie, ale te z luksusami, to standardy Polski z lat 70-tych. Nasz lokal był superwypasiony, ale i cenę zapłaciliśmy najwyższą w czasie całej naszej wyprawy na Ukrainę.  W Polsce za taki pokój zapłacilibyśmy 25 zł od osoby. Tam zapłaciliśmy trzykrotnie więcej, ale miejsce było w porządku, aczkolwiek mieliśmy problemy z ciepłą wodą. W zasadzie woda była tylko pierwszego dnia, bo potem zepsuł się bojler i Sasza (właściciel) naprawił dopiero wieczorem, w przeddzień naszego wyjazdu.

Nasze lokum  w Rybaczie. Posesja cała jest otoczona murem. W jej skład wchodzą dwa domy. My mieszkamy w domu po prawej, na przedostatnim piętrze, z lewej strony

Nasz pokój znajduje się u góry, po lewej stronie, tam gdzie suszą się koszulki. Na dole znajduje się ogród i małe oczko wodne. Jest sporo roślinności, kwiatów, mury porastają winorośla i krzewy jeżyn. Wszystko to nadaje całości przyjemny charakter, aczkolwiek są elementy "egzotyczne": figurki krasnali, żab z parasolem w łapach, piesków z wielkimi oczyma itp. rozlokowane równomiernie w całym ogrodzie. Podłogę natomiast stanowią wielokolorowe, potrzaskane kafelki, ułożone w fantazyjne mozaiki

Rozpakowywanie. Pokój jest duży, obok stoi wielgachna szafa, mamy też kącik na walizki 

Miejsce naszych śniadań i kolacji. Szczególnie przyjemnie jest z rana, bo panuje tu cień. Wieczorem jest do wytrzymania dopiero po zachodzie słońca 

Łazienka

Widok z jednej strony naszego pokoju (z prawej strony w dół jest morze). W Rybaczie jest tylko jedna - główna, przelotowa - droga asfaltowa, reszta to taki uklepany szuter, jak widać na zdjęciu

Widok z drugiej strony naszego pokoju - na góry. Choćby dla takiego widoku warto było pokonać wszystkie trudny i niewygody

 Szczyty wznoszące się nad Rybaczie to: Belan (1253 m n.p.m.), Kara-Tau (1220 m n.p.m.) i Kara-Kotin (1113 m n.p.m.) 

Rybaczie, to wioska leżąca ok. 30 km na wschód od Ałuszty i mniej więcej tyle samo od, znajdującego się jeszcze dalej na wschód, Sudaku

Panorama Rybaczie. Te wszystkie ładne domy, to budynki nowe, wybudowane w ciągu ostatniego roku, wiele z nich jeszcze jest w budowie

Mieszkamy niedaleko wyjazdu z wioski

Czatyrdach (1527 m np.p.m.) o zachodzie słońca


8 komentarzy:

Doronette NF pisze...

Ach nawet nie wiem kiedy przeczytałam Twojego posta. Świetne pióro i ładne zdjęcia. Dobrze jest dowiedzieć się czegoś nowego o Krymie. Zapraszam na mojego bloga, gdzie czeka na Ciebie mała niespodzianka. pozdrawiam

Wojtek pisze...

Relacja robi się coraz ciekawsza, czyt. hard core'owa ;-)

recoleta pisze...

Jeśli chodzi o wydarzenia wywołujące gęsią skórkę, to chyba już koniec.;-)

Mażena pisze...

Interesujące, miejsca znane z literatury wielkich..
"Weszliście" w szkodę jeśli chodzi o winogrona - chyba.
Ten wyjazd to fajna przygoda.

A. i M. pisze...

Piękne zdjęcia, a opowieść o poszukiwaniu noclegu kojarzy mi się z moim własnym przeżyciem z Międzyzdrojów. Niby wszystko fajnie, miejsca są, ale żeby wynająć krócej niż na tydzień to trzeba błagać na kolanach tych "gościnnych" właścicieli. Dobrze, że się Wam udało. Pozdrawiam i zapraszam do nas, można poczytać o wyjeździe do Czarnogóry: Szepty Szcześcia

Jerry pisze...

Czekamy teraz na jakiegos trupa w szafie :-)
Swietne widoki, no i mieliscie pewnie duzo przezyc ktore zapamietacie na cale zycie.

recoleta pisze...

Trupa w szafie nie było i nie będzie. Było dużo świetnego jedzenia, arcywybitnego czerwonego wina i mnóstwo widoków zapierających dech. Wbrew mrożącej krew w żyłach relacji, po 2 tygodniach tułania się po bezdrożach Ukrainy i życia w sowieckiej rzeczywistości, zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego typu niespodzianek. Zirytowało mnie tylko to, że takie niespodzianki funduje nam rodak.

Anonimowy pisze...

Praie dotarliśmy do p.Piotra.Byłaby to zbyt duża zbieżnośc, gdyby był to inny p. Piotr.Podczas naszej tegorocznej wyprawy do Ribaczie,mimo zapewnień co do zakwaterowania, przy ok 40-stu km od miejsca docelowego okazało się,że nie ma dla nas miejsca.Wzięliśmy więc sprawy we własne ręce i stwierdziliśmy,że dalsza podróż do p. Piotra nie ma sensu, ponieważ jesteśmy jeszcze z tych, którzy wierzą, że słowo dane się liczy. Wyszło lepiej, zamieszkaliśmy bez problemu nad samiutkim morzem u Iwana i Swietłany wręcz w luksusach, a i cena była wyższa tylko o 10 usd niż u p. Piotra - biorąc pod uwagę odległośc od morza (u p. Piotra około 1,5 km), brak klimatyzacji, własnych wypaśnych łazienek, dwóch łóżek małżeńkskich w pokoju i kuchni - tarasu z widokiem na morze to naprawdę za darmo, nie wspominając o tym, że byłaby możliwośc na tej samej kwaterze tańsza o niebo, ale po tych przygodach: dosłownie zachciało nam się tzw. luksusów, których wcześniej jakby nie braliśmy pod uwagę.Właściciele to Ukrainiec- Iwan i Polka pochodząca ze Lwowa- Swietłana. Bardzo pozytywni ludzie, wyrozumiali, pracowici i bogaci... nie tylko wewnętrznie. Rzeczywiście, nie ma ciśnienia na rezerwacje, czy deklarowanie terminu wyjazdu, nie ma z tym najmniejszego problemu.