wtorek, 19 marca 2013

Haruki Murakami "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland"

Parę dni temu pochłonęłam kolejną (o ile się nie mylę czwartą) książkę Harukiego Murakamiego. I muszę przyznać, że chyba podobała mi się najbardziej ze wszystkich. Teraz cierpię na syndrom odstawienia, bo nie mam pod ręką żadnej innej jego powieści. Co mogę powiedzieć o tej powieści zatytułowanej tak intrygująco. Gdzieś przeczytałam, że to powieść surrealistyczna. Tylko co to znaczy "powieść surrealistyczna"? Z definicji wynika, że powinna wyrażać bunt przeciw klasycyzmowi, realizmowi, empiryzmowi, racjonalizmowi, utylitaryzmowi i wszelkim konwencjom. Ja jednak sądzę, że ta powieść nie wyraża buntu, lecz raczej afirmację takich stanów życia, które burzą logiczny porządek rzeczywistości. Mamy więc, tak typowe dla Murakamiego, elementy groteski, wizje z pogranicza jawy, snu, fantazji, halucynacji itp. 

Tradycyjnie narracja toczy się dwutorowo. Od początku mamy dwie opowieści, dwóch bohaterów, a każda opowieść prowadzona jest w narracji pierwszoosobowej. Dwóch głównych – równorzędnych, co podkreślam – bohaterów żyje w dwóch, wydawałoby się różnych światach. Odnosi się wrażenie, że jeden świat jest zbliżony do naszego: ludzie chodzą do pracy, wykonują codzienne obowiązki, śpią, jedzą, chodzą do kawiarni, jeżdżą taksówkami. Drugi świat, o czym autor na "dzień dobry" informuje nas, to świat dziwny, baśniowy, nienaturalny, nierealny. Jak się później okazuje, ten bardziej naturalny świat wcale nie jest taki normalny, dzieją się w nim rzeczy tak dziwne, że zaczyna się tracić poczucie, w którym jest się świecie. Natomiast ten drugi, świat nierealny, często okazuje się być bardziej normalny niż byśmy się tego spodziewali. W obu światach bohaterowie muszą zmierzyć się z własnym "ja", odkryć tajemnicę swojego "ja" i zmierzyć się z tym, co odkryją. I mimo iż zagadka zostaje rozwiązana na długo przed końcem, a przynajmniej można się pewnych rzeczy domyślać, to do ostatnich słów czeka się na ostateczne wyjaśnienie wszystkich wątków. Jednak czytając inne książki Murakamiego, nauczyłam się, że nie ma co się łudzić – autor nie da odpowiedzi na wszystkie pytania, nie rozsupła wszystkich tasiemek swojej opowieści. Za każdym razem zostawi nam kilka furtek, które sami musimy sobie otworzyć.

Cóż... z braku innych książek Murakamiego pod ręką, chwyciłam się za Prawdę o sprawie Savolty Eduarda Mendozy – debiutancką powieść tego pisarza, ale nie zachwyciła mnie i nie wciągnęła tak, jak inne książki tego pisarza, więc na razie dałam sobie z nim spokój. Zabrałam się za Sztukmistrza z Lublina, powieść autorstwa noblisty Isaaca Bashevisa Singera. Kręcę się ostatnio wokół tematów żydowskich, z jakiegoś powodu wciąż dostaję do pisania artykuły o takiej tematyce, mogę też zdradzić, że prawdopodobnie jeszcze przed wakacjami pojadę do Izraela, więc trochę wciągam się w klimat.

1 komentarz:

Wojtek pisze...

Ja tez miałem takie wrażenie, że to najlepsza pozycja Murakamiego.