wtorek, 15 października 2013

Kim jest humanista w XXI wieku?

Do odpowiedzenia na to pytanie, a raczej próby odpowiedzenia na to pytanie, skłoniło mnie kilka incydentów, kórych byłam ostatnio świadkiem. Do owych incydentów przejdę w dalszej części moich rozważań, ale wpierw muszę zasięgnąć do źródeł, czyli pierwszych definicji słowa "humanizm". Najpopularniejsza definicja, którą pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, głosi, że jest to prąd filozoficzny, etyczny i kulturowy epoki odrodzenia (humanizm renesansowy), który charakteryzuje antropocentryczna postawa intelektualna i moralna, wyrażająca się postawieniem w centrum zainteresowania człowieka, w opozycji do panującej w średniowieczu idei teocentryzmu, czyli stawianiu w centrum wszelkich przemyśleń Boga. To oczywiście bardzo uogólniona, skrótowa definicja, na której jednak wychowały się pokolenia. Mało kto dziś pamięta, że myśl humanistyczna nie urodziła się w Italii, choć to właśnie ona jest uważana za kolebkę humanizmu. Humanizm ma korzenie w starożytnej Grecji, gdzie podwaliny pod późniejszą grecką myśl humanistyczną położyli Tales z Miletu i Ksenofanes z Kolofonu. Za pierwszych wolnomyślicieli można również uznać Anaksagorasa, Protagorasa, Peryklesa i wreszcie Demokryta. Ale faktycznie, to Cyceron, przedstawiciel starożytnego Rzymu, stworzył termin humanitas, oznaczający to, co sprawia, że człowiek jest człowiekiem. Zaś rzymski komediopisarz Terencjusz wypowiedział słynne słowa „człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce”, które w dobie renesansu, stały się dewizą humanistów. Również w średniowieczu, tak niesprawiedliwie określanym wiekami ciemnymi, u mojego ukochanego Dantego Alighieriego można znaleźć głęboką myśl humanistyczną.

Dlaczego przywołuję te wszystkie przykłady? Chciałam pokazać, że pojęcie humanizmu jest bardzo szerokie, skomplikowane i niejednorodne. Kształtowało się przez wieki. Jednak było coś, co spajało ten prąd - pogląd, że umysł człowieka to istotna część jego jestestwa. W XV wieku pojęcie było dość wąskie, oznaczało osobę zajmującą się językami starożytnymi i literaturą klasyczną, często studenta bądź nauczyciela. Mnie bardzo do gustu przypadła koncepcja humanizmu, która wyodrębniła się w XVII wieku. Według niej to intelekt sprawia, że ludzie są "w pełni ludźmi", mówiąc inaczej - podstawą do nazwania człowieka człowiekiem są jego zdolności analityczne, matematyczne czy lingwistyczne. Ten prąd nazywał się humanizmem edukacyjnym. W XIX wieku reprezentant tego nurtu W.T. Harris wyróżnił „pięć okien duszy”: matematykę, geografię, historię, gramatykę i literaturę/sztukę.

Po tym ekspresowym przelocie przez wieki, wracam do współczesności. Kim jest humanista dzisiaj? Powszechnie uważa się, co mocno podkreślają i ugruntowują takie stereotypy i szufladkowania, jakie pojawiają się już w szkole, że humanista to człowiek od języka polskiego, ewentualnie od języków obcych. W klasach humanistycznych dominują takie przedmioty, jak: jezyk polski, historia, języki obce, ewentualnie jakieś przedmioty społeczne. Nauka w takich klasach opiera się na ograniczeniu tzw. nauk ścisłych, co też nie jest najfortunniejszą nazwą, ale grunt, że wiemy, o co chodzi - o matematykę, fizykę i inne nauki przyrodnicze (dla tych, co nie pamiętają, matematyka i fizyka, to nauki przyrodnicze). A zatem, już na "dzień dobry" mówi się dzieciakom, że ludzie dzielą się na humanistów, czyli tych, co nie lubią matematyki i na ścisłowców, czyli tych, którzy lubią matematykę. Z takiego założenia wynika, że humanista nie ma prawa do dobrej znajomości matematyki i możemy mu wybaczyć, że najprostsze działanie matematyczne wykonuje na kalkulatorze. 

A teraz wracam do, wspomnianych na wstępie mojego wywodu, incydentów. Pewna pani w towarzystwie biologów miotała się w kwestii nazewnictwa pewnych gatunków ze świata roślin. Dodam, że nie było to nic skomplikowanego - według mnie, poziom liceum. Ale ponieważ nie umiała wybrnąć z sytuacji (po mojemu: brak podstawowej wiedzy wyniesionej ze szkoły średniej), skomentowała: "eeee, ja tam nie wiem, jestem humanistką". Przeszyło mnie ukłucie wściekłości, pomieszane z bezradnością. Drugie wydarzenie miało miejsce kilka tygodni temu, ale je sobie przypomniałam przy okazji tego incydentu. Sytuacja wyglądała tak: rozmowa na temat współczesnej prozy. Wśród uczestników pewna pani, doktor nauk humanistycznych, tuż przed habilitacją. Poruszyłam temat mojego ukochanego Harukiego Murakamiego w kontekście moich nadziei na Nagrodę Nobla. Pani stwierdziła, że nie zna, nie czytała i nie zamierza, bo jest doktorem nauk humanistycznych od literatury polskiej. O tempora! O mores!  

Podsumowując, nie zgadzam się na pogląd, że humanista nie potrafi zliczyć do 10 bez użycia kalkulatora, a matematyk nie jest w stanie napisać jednego zdania po polsku. Znam wielu fizyków, matematyków i geologów, którzy pięknie piszą po polsku, a nadto poprawnie stosują zasady interpunkcji. Znam, niestety, zastępy tzw. humanistów, którzy piszą koszmarnie, a nawet (o zgrozo!) z poważnymi błędami ortograficznymi. Według mnie ludzie po prostu dzielą się na osoby mądre i nieuków. Nie należy jednak tych ostatnich nazywać humanistami, bo nic do tego nie uprawnia. Wszyscy filozofowie greccy i rzymscy wywróciliby się w grobach, gdyby wiedzieli, że dziś synonim słowa "humanista" to niedouczony cymbał. 

4 komentarze:

T pisze...

Uważam równie podobnie. Nie znoszę gdy ktoś mówi, że humaniści nie potrafią liczyć etc.

Kasia pisze...

Jestem 100% humanistką, na studiach mam prawie cały czas matematykę :)

Agnieszka pisze...

Masz racje, całkowicie zgadzam się z Tobą i podpisuję pod Twoimi słowami.

Ireneusz Gębski pisze...

Bardzo celne uwagi. Nie może być prawdziwym humanistą ktoś, kto sam siebie wtłacza do jakiejś szuflady, a czasem nawet zwykłej przegródki.