piątek, 23 stycznia 2015

Hannah Arendt

Wczoraj na Ale Kino+ obejrzałam rewelacyjny film biograficzny pt. Hannah Arendt (Francja/Niemcy/Luksemburg/Izrael 2012, reż. Margarethe von Trotta). Ponieważ ostatnio tkwię po uszy w artykułach poświęconych tematyce żydowskiej, to od tygodnia z zainteresowaniem czekałam na ten film. Przed oglądaniem nawet nieco się przygotowałam, przypomniałam sobie osobę Arendt oraz historię procesu Eichmanna.


Krótko o filmie. Film opowiada o czterech latach z życia jednej z największych filozofek XX wieku. Hannah Arendt jedzie do Jerozolimy, by jako dziennikarka (korespondentka "The New Yorker") uczestniczyć w procesie nazistowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, który wcześniej zostaje porwany przez agentów Mossadu w Argentynie i uprowadzony do Izraela. Gdy dochodzi do procesu, Hannah Arendt, niemiecka filozofka żydowskiego pochodzenia, była już bardzo znaną autorką i miała na koncie wiele ważnych książek, a wśród nich chyba najważniejszą pt. Korzenie totalitaryzmu. Wydawcom "The New Yorker" nie chodziło zatem "tylko" o relację z procesu. Wybrano najbardziej prestiżową osobę i znającą temat, jaką można było znaleźć. 

W filmie widzimy, jak powstaje jej najbardziej znana książka Eichmann w Jerozolimie, jak pisze kolejne artykuły i z jaką  wrogością spotyka się za to, że uznała Eichmanna za wstrząsający przykład "banalności zła" ("banalność zła" to termin stworzony przez Hannah Arendt). Zła, którego nie uświadamiali sobie w pełni wykonawcy doskonale zbiurokratyzowanego systemu Zagłady. Na mnie ogromne wrażenie zrobiło to, co Hannah Arendt chciała w rzeczywistości pokazać, a czego Żydzi, którzy przeżyli Holocaust nie byli w stanie zrozumieć (tak byli oślepieni/zaślepieni bólem, rozpaczą, złością, chęcią zemsty itd.), mianowicie, że akt oskarżenia oparty był na tym, co przecierpieli Żydzi, nie zaś na tym, co faktycznie popełnił Eichmann. 

Hannah Arendt, obserwując Eichmanna w sali sądowej, oceniła go jako nudnego, szarego, mało charakterystycznego i niespecjalnie inteligentnego biurokratę, który na dodatek podczas procesu zmagał się z dużym katarem i co chwila wyciągał wielką kraciastą chusteczkę do nosa. To, co wiedziała wcześniej, w połączeniu z tym, co zobaczyła, sprawiło, że uświadomiła sobie, że przeciętny i zwykły człowiek, taki, jak Eichmann, może stać się straszliwym potworem, za którego zresztą sam Eichmann się nie uważał. Twierdził – co Arendt powtórzyła za Eichmannem w swoich artykułach i książce – że "on nie wiedział, co czyni". Był ślepo wykonującym rozkazy urzędasem, który przyznał na procesie, że gdyby kazano mu zastrzelić ojca za zdradę Rzeszy, to wykonałby polecenie bez mrugnięcia okiem. Przerażające jest to, że uświadomiłam sobie, że to nie była linia obrony, on faktycznie odcinał się od procesu przyczynowo-skutkowego, to znaczy, że fakt wykonania rozkazu wsadzenia Żydów do wagonów równa się wywiezieniu ich do KL Auschwitz, gdzie czekają ich komory gazowe. Dla niego zadanie kończyło się wraz z zamknięciem drzwi wagonów, a jeśli stała za nim jakaś motywacja, to była to jedynie chęć awansu i kariery tak dobrej, jak to tylko możliwe. Jednak w momencie, gdy Hannah Arendt stwierdziła, że można nawet zaryzykować stwierdzenie, że tak naprawdę Eichmann nie był antysemitą i osobiście nie miał nic do Żydów, to wówczas rozwścieczyła międzynarodową społeczność żydowską. Uznano, że opowiada się po stronie zbrodniarza, że oskarża Żydów o to, że sami są sobie winni, winni Holocaustu, nazwano ją nazistką, antysemitką, rasistką i moralnym zerem. Zaczęto jej nawet wypominać "grzeszki" z młodości, gdy jako studentka romansowała z Heideggerem, który później wstąpił do NSDAP, publicznie dając wyraz swego poparcia dla narodowego socjalizmu. Związek z Heideggerem rzeczywiście miał wpływ nie tylko na życie osobiste Arendt, ale także na jej filozofię, szczególnie ideę 'myślenia'. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że zaangażowanie Heideggera w narodowy socjalizm było jedną z przyczyn rozpadu ich związku.

Muszę przyznać, że argumenty Arendt mnie przekonały. Są bardzo logiczne – do bólu. Rozumiem też żydowskich przeciwników Arendt, którzy rzucali jej w twarz argumenty, że każdy, kto miał bezpośredni kontakt z Żydami zapędzanymi na rozstrzelanie albo wpychanymi do komór gazowych, nie może powiedzieć, że nie wiedział, co robił. Tragiczne jest to, że Arendt tak wzburzyła społecznością żydowską, od Izraela po Stany Zjednoczone, wywołując agresję i nienawiść, że doszło do odwrócenia się od niej nawet najstarszych przyjaciół. To oni, znający jej przeszłość (żydowskie pochodzenie, ucieczka z Niemiec, internowanie w obozie we Francji, a następnie nielegalny wyjazd do USA), nie mogli zrozumieć jej stanowiska. Na jednym z wykładów dla studentów Hannah Arendt powiedziała, że efektem myślenia nie jest wiedza, ale możliwość rozróżnienia dobra i zła. I to jest chyba clou  sprawy – Eichemann był bezmyślny. Uważam, że nie ma wytłumaczenia dla zbrodni, które popełniali naziści, ale też wiem, jak wielkim złem jest bezmyślność, a szczególnie bezmyślność w połączeniu z biurokracją. W biurokracji człowiek jest na samiutkim końcu łańcuszka "rzeczy" ważnych i potrzebnych, godnych uwagi. Hannah Arendt uważała, że idea, w której człowiek staje się niepotrzebny czy zbędny jest źródłem totalitaryzmu i zła.


"Absolutne" albo inaczej mówiąc "radykalne zło", pojawia się w momencie, gdy dokonywane są zbrodnie, których ani nie można karać, ani nie sposób przebaczyć. Tego rodzaju zło nie może być wyjaśnione jako wytwór określonych motywów, takich na przykład, jak żądza władzy, chciwość, zawiść czy tchórzostwo. W istocie nie jesteśmy w stanie zrozumieć radykalnego zła, gdyż nie istnieje możliwość jego interpretacji na gruncie naszej tradycji filozoficznej. Da się jedynie powiedzieć, że radykalne zło pojawia się w ramach systemu, w którym wszyscy ludzie, tak rządzący jak i rządzeni, są w równym stopniu niepotrzebni [Korzenie totalitaryzmu (1951), t. 1–2, tłum. Mariola Szawiel i Daniel Grinberg, Warszawa 1993].

1 komentarz:

Bartlomiej Nowak pisze...

Właśnie biorę się za oglądanie tego filmu, mam go już od dłuższego czasu ale jakoś nie miałem okazji go obejżeć.