czwartek, 23 kwietnia 2015

Pokolenie debili z dyplomami

Dziś, w Światowym Dniu Książki i Praw Autorskich, chciałam podzielić się kilkoma refleksjami dotyczącymi nie tyle poziomu wiedzy czy wykształcenia obecnego pokolenia tzw. młodzieży, jak raczej ogólnie poziomu intelektualnego i nie tylko młodzieży. 

Dożyliśmy takich czasów, że kwestia nieczytania książek czy prasy to nie tylko świadectwo jakiegoś ograniczenia kulturowego. Często w dyskusji na temat czytelnictwa pomija się ważny fakt - z książek czerpie się wiedzę. Czasami jest to wiedza przydatna, czasami nie, ale nieczytanie książek powoduje, że postrzeganie świata musi po prostu być ułomne. Najbardziej boli mnie, ale również doprowadza do szału, że lansowania od lat reforma (kto to w ogóle nazwał reformą?!) szkolnictwa wyższego doprowadziła do zeszmacenia wartości dyplomu magistra, nie mówiąc już o doktorach czy doktorach habilitowanych, którzy zaczynają obecnie hurmem zdobywać uczelnie. Powiem krótko: ich poziom jest zatrważający. 

Pamiętam, że moja nauczycielka polskiego w liceum była dla mnie autorytetem, robiło na nas ogromne wrażenie, gdy cytowała Pana Tadeusza, deklamując z pamięci obszerne fragmenty. Miała ogromną wiedzę - erudycyjną, chodziliśmy z nią do teatru, filharmonii, czytaliśmy prasę. Także na studiach większość moich wykładowców była dla mnie wzorem, starałam się ich naśladować, zazdrościłam im wiedzy. Dziś zdarza się, że doktor nauk humanistycznych na filologii polskiej ma braki w lekturach z liceum! Nie mówiąc już o literaturze najnowszej i to nie tylko polskiej. Spotkałam się nawet z wypowiedzią wykładowcy na filologii polskiej (to odpowiedź na pytanie, czy czytał coś Harukiego Murakamiego): "nie mam czasu czytać literatury japońskiej, zresztą po co jestem filologiem polskim" (?!). Efektem takiego podejścia jest po prostu ograniczenie umysłowe. Inaczej tego określić się nie da. 

A do tego trzeba dołożyć coś jeszcze. Gdy kiedyś chodziłam do podstawówki, dominował pogląd, że jeśli dziecko robi błędy ortograficzne, to widocznie za mało czyta. I może coś w tym jest. Bo kiedy czytam teksty filologów polskich, to przechodzę na łacinę (kuchenną). I nie chodzi tylko o literówki czy interpunkcję. W takiej tekstach aż robi się od błędów ortograficznych, składniowych, fleksyjnych i wszelkich innych, a zasób słownictwa jest tak ograniczony, że czasami wydaje mi się, że miałam większy w podstawówce. Już teraz mam problem z czytaniem książek, prasę właściwie przestałam. Po prostu się nie da. Otwieram książkę na dowolnej stronie i mam ochotę chwycić za długopis, żeby zrobić korektę. Największy problem jest ze wspomnianą prasą. To bełkot i brak znajomości podstaw języka polskiego. I ciśnie mi się wtedy na usta zdanie, które wiele lat temu usłyszałam: kto byle jak pisze, byle jak myśli.

Reasumując: niedouczeni profesorowie wypuszczają w świat niedouczonych magistrów, niedouczeni magistrzy idą do pracy, a że są niedouczeni, więc siłą rzeczy swoją pracę wykonują w sposób na niezbyt wysokim poziomie. A potem się dziwimy, że mosty się walą, a operacje nie udają. Nie chcę tu nikogo obrażać. Są oczywiście przypadki oczytanych i mądrych ludzi w tym kraju. Ale trzeba sobie zadać pytanie: jeśli niedouczony nauczyciel pójdzie do szkoły, to kogo wykształci? To efekt domina.

4 komentarze:

Wojtek pisze...

Zgoda. A to tylko jeden element wpływający na taką diagnozę społeczeństwa. Drugi jest taki, że wzorce środowiskowe, niejednokrotnie narzucane przez media, nie są wystarczająco dobrym punktem odniesienia dla tzw. młodzieży (używam Twojej noneklatury;-) Chodzi mi o to, że gdy ja byłem w podstawówce lub liceum, zdarzali się nauczyciele czy politycy, których nie należało naśladować (mówiąc oględnie, a nie oględnie - głupi). Jednak była dostateczna ilość wzorców, które wskazywały właściwą postawę. Czyli upraszczając: gdy się miało w klasie głupka, to może nie zepsuł zbyt mocno uczniów - oni wiedzieli swoje. Dziś nie mam pewności na kim uczniowie mają się oprzeć, bo tak w życiu publicznym jak i tym osobistym/lokalnym straszna posucha jeśli chodzi o wzorce.

naan pisze...

Ludzie dzielą się na samouków i nieuków. O edukację trzeba dbać samodzielnie. W socjalizmie myślący inteligent nie był potrzebny, a w obecnym brutalnym kapitalizmie uczelnie nastawione są przede wszystkim na zysk. Ile czesnego można ze studentów wycisnąć. Studenci natomiast chcą tylko papierka, myśląc że zrobi on wrażenie na "polskim businessmanie" z ledwo zaliczoną zawodówką.
A jeśli pojawią się trudności, nie trzeba się starać i przykładać do nauki, wystarczy że zdiagnozowana zostanie dysleksja, dysortografia i jeszcze inna dys-.

Anna Ilukam pisze...

Trudno się z Tobą nie zgodzić. Niestety panuje wszechobecna ignorancja. Niestety jednak pisząc w takim stylu trochę zrównujesz z poziomem do tych, których krytykujesz. Sorry ale trudno tego nie dostrzec. A ja polecam inną stronę http://pisanie-dziennikarstwo.pl/ Pozdrawiam

recoleta pisze...

Problem polega na tym, że dziś nie można mówić prawdy, jeśli jest niewygodna. Wszystko, co mówimy musi być ładne, okrągłe, zawinięte w kolorowy papierek. W imię rzekomej tolerancji i rzekomego szacunku wobec innych ludzi, tak naparwdę obrażamy ich i nadużywamy słowa tolerancja. Nie obrażam bezpodstawnie, krytykuję! A jeśli ktoś czuje się obrażony, to zapraszam na moje zajęcia ze studentami z dziennikarstwa, podczas których studenci przyznają się, że nie wiedzą, kim był Melchior Wańkowicz. Tak, debili będę obrażać, bo na to zasłużyli, nawet jeśli to wina mojego pokolenia i starszego. Tak, bo zdarzają się młodzi ludzie, kórzy mimo wszystko podjęli trud samodzielnego dotarcia do wiedzy. Bo to czysta prawda, że ludzie dzielą się na samouków i nieuków. Nieuków będę wyśmiewać i obrażać, czy to się komuś podoba, czy nie.