sobota, 2 maja 2015

Pireus

Po krótkim zastanowieniu się doszliśmy do wniosku, że darujemy sobie snucie się po zasmrodzonych ulicach Aten i szukaniu na siłę zabytków, bo poza Akropolem i kilkoma rzymskimi ruinami nic po prostu tam nie ma. Ponieważ kupiliśmy sobie bilet 24-godzinny na metro, a właściwie metro-kolejkę dojazdową (w centrum Aten jeździ pod ziemią, poza Atenami wyjeżdża na powierzchnię), więc postanowiliśmy skorzystać z tego faktu i pojechaliśmy do Pireusu. Pireus to duże portowe miasto leżące kilkanaście kilometrów od Aten. To przede wszystkim ogromny terminal promowo-statkowy. Startują stąd największe "krążowniki" mórz i oceanów, wielkie hotelowce i tysiącami pasażerów. Poszliśmy do jednej z zatok promowych, aby zobaczyć, jak to wygląda - tak na wszelki wypadek, może na przyszłość. Ceny są zaskakująco przystępne, wszystko odbywa się szybko i sprawnie. Takich zatok promowych jest sporo, trudno powiedzieć ile. W przewodniku przeczytaliśmy, że warto w Pireusie udać się do dzielnicy Microlimano - znajdują się tam małe, klimatyczne mariny, porciki rybackie oraz mnóstwo knajp i knajpeczek rybnych. Był to kawałek drogi. Ale dzięki temu pooglądaliśmy sobie Pireus. Zwróciło na nas uwagę bardzo dużo opuszczonych i zrujnowanych domów - niektóre były naprawdę piękne. Microlimano rzeczywiście jest bardzo sympatyczne. Usiedliśmy w jednej z knajpek. Ja pożarłam ośmiornicę, a Krzysiek zamówił jakąś wielką rybę, która wyglądała jak wielka pirania. Pan zabrał go do kuchni, gdzie Krzysiek sam ją sobie wybrał.


 Całkiem fajny dworzec metrowo-kolejkowy

 Właśnie przypłynął prom

 Taksiarze już czekają na turystów

 Tłum pasażerów wypływa z wnętrza promu

 Krzysiek obczaja ceny promów






 Jedna z zatok Pireusu





 Krzysiek szuka drogi do Microlimano

 Microlimano jest za tą skałą



Brak komentarzy: