środa, 20 kwietnia 2016

Mroczne wizje niedalekiej przyszłości

Od kilku tygodni z powodów zdrowotnych przesiaduję w domu. Czas wykorzystuję głównie na lenistwo i delikatnych prac domowych, ale oczywiście czytam i piszę. Chciałam się podzielić moimi uwagami i przemyśleniami dotyczącymi dwóch książek tego samego autora, które w tym czasie przeczytałam. Mowa o Marcu Elsbergu i jego powieściach Blackout oraz Zero


Od razu powiem, że pierwsza powieść, Blackout, bardziej mi się podobała. Pod każdym względem: wciągała od pierwszych stron, akcja była wartka, spójna, nie można się było oderwać. Głównym tematem powieści była ogólnoświatowa akcja... w pewnym sensie terrorystyczna, mająca za zadanie zdestabilizowanie gospodarki i polityki światowej poprzez, mówiąc ogólnie i dość upraszczając, wprowadzenie do systemu zarządzania energią pewnego rodzaju wirusa, a raczej kodu, który powodował wyłączenie prądu w wiekszości krajów Europy oraz wielu krajów na innych kontynentach. Początkowo wszystko wygląda normalnie: kto z nas nie przeżył awarii prądu? Przez jakiś czas można przecież przeżyć bez telewizora, internetu czy światła. Ważne instytucje mają zasilanie awaryjne, więc ludzie nie panikują. Z czasem okazuje się, że długotrwałe wyłączenie zasilania to nie taki pikuś - sama nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, choć przecież to oczywiste jak to, że dwa razy dwa równa się cztery. Człowiek na co dzień nie zastanawia się nad tym, jak wiele dziedzin jego życia nie tyle jest uzależniona od energii, co po prostu nie istnieje bez niej. Powiem szczerze, że to mną poruszyło. Czy wiecie, na jak długo starczy wody butelkowanej w sklepach? Czy wiecie jak długo działa zasilanie awaryjne w szpitalach, mroźniach, dojarniach krów, bankach, przekaźnikach telefonii komórkowej? A czy wiecie, że generatory prądu są na paliwo płynne, czyt. benzynę, tylko co z tego, jeśli stacje beznzynowe nie działają, bo nie ma prądu? Nie działaja też pompy doprowadzające wodę do mieszkań. Nie można się umyć, ani spłukać wody w toaletach. Jedzenie szybciutko rozmraża się w lodówce, a nowego nie można kupić, bo, primo, w sklepach też nie działają lodówki, secundo, nie ma jak zapłacić, bo nie działają terminale płatnicze, a ile na co dzień mamy gotówki w portfelu? Szybko okazuje się, kim naprawdę jest człowiek, co się dla niego liczy, co to jest moralność, empatia, solidarność w obliczu konieczności radzenia sobie samemu, a czasami po prostu zagrożenia życia. To oczywiście powieść z gatunku thriller naukowy... tak gdzieś przeczytałam, choć nawet nie wiedziałam, że taki gatunek istnieje. A może po prostu science-fiction. Tak czy inaczej zmusza człowieka do spojrzenia na taki hipotetyczny problem i zastanowienia się, co potrafimy zrobić w sytuacjach ekstremalnych. 


Druga książka Marca Elsberga mnie nieco rozczarowała. Akcja początkowo niemiłosiernie się wlekła, nie mogłam się wczytać, a treść była dla mnie, mówiąc oględnie, naciągana. Generalnie tematem powieści była ludzkość w świecie całkowicie kontrolowanym przez sieć, ale czytało się ją tak, jakby opisywała stan obecny. Wszystkie urządzenie mobilne: telefony, smartfony, tablety, smartwatche, inteligentne okulary itp. wraz ze swoimi najróżnorodniejszymi aplikacjami to jedna wielka sieć kontroli. Człowiek korzystając z nich nie zdaje sobie sprawy, że przekazuje komuś wszystkie swoje dane osobowe. Ten ktoś zaś wykorzystuje je zgodnie ze swoimi potrzebami, a jak wiadomo wielkie korporacje mają tylko jedną potrzebę: mnożenie pieniędzy. Nieświadomi użytkownicy poddają się woli tych korporacji, nie zdając sobie sprawy z tego, że w pewnym momencie przestają korzystać z własnej woli, bo ich wola staje się wolą korporacji. Kupują rzeczy zgodnie z tym, co sugerują im aplikacje, ubierają się, odżywiają, odpoczywają zgodnie z tym, co podpowiadają aplikacje. Nawet wybierają prezydenta, sugerując się podpowiedziami aplikacji. Mało tego, w pewnym momencie przestają być tymi osobami, którymi byli, zanim zaczęli korzystać z tych aplikacji. System wie nie tylko, kiedy się urodziliśmy i gdzie mieszkamy, ale co jemy, jakie książki czytamy, na jakie filmy chodzimy do kina, gdzie spędzamy wakacje, czym w wolnym czasie zajmują się nasze dzieci, do jakich uczęszczają szkół, itp. Cała wiedza o naszym życiu odpowiednio użyta, może narobić wiele szkody i być narzędziem do manipulacji. To oczywiście już się dzieje, mam na myśli handel i wykorzystanie danych oraz ich przetwarzanie... Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Książka oczywiście pokazuje pewne przesterowanie, w wyniku pewnych aplikacji giną ludzie, trzeba to oczywiście zatuszować, ukryć, ale jak można coś ukryć w systemie? Jak można samemu się ukryć, odizolować od systemu, gdy na każdej ulicy, w każdym sklepie są kamery monitoringu, a do tego każdy ma w kieszeni jakieś urządzenie namierzające typu telefon komórkowy. Wiem, co autor chciał powiedzieć, przed czym nas przestrzega. Być może niektóre kwestie kontrolowania ludzi zostały w książce przerysowane, ale na pewno trzeba się nad tym zastanowić: czy rzeczywiście taki świat nam odpowiada. Reasumując, niektóre zagadnienia były dla mnie potraktowane naiwnie, a czasami po prostu wywody niektórych osób były przydługie i nużące. Akcja taka sobie, a główna bohaterka, dziennikarka zaplątana w ogólnoświatowy spisek korporacji zarządzającej danymi, wyjątkowo naiwna lub głupia. Niemniej temat wart przemyślenia.